Rozmowa

Kim jest najszybszy Polak na Hawajach?

Mariusz Olejniczak podczas Ironman Hawaje 2018 wykręcił czas 8:46:50. W kategorii wiekowej 35-39 dało mu to szóste miejsce na Mistrzostwach Świata. Został także najszybszym w historii Polakiem i Irlandczykiem na Hawajach. Kim jest i dlaczego tak mało informacji o nim w polskich mediach?

Marcin Dybuk: Nie można zacząć naszej rozmowy inaczej jak tylko od gratulacji. Niesamowity wynik. Stałeś się najszybszym Polakiem na Hawajach. I tutaj nie rozumiem jednej rzeczy. Przygotowując się do rozmowy więcej na Twój temat znalazłem w irlandzkich mediach niż polskich. Dlaczego?
Mariusz Olejniczak: Może dlatego, że od 12 lat mieszkam w Irlandii i tutaj jestem bardziej znany. Choć jak byłem młodszy to startowałem w kraju i jest trochę osób, które mnie pewnie kojarzą. A może jest tak, że niektórzy mi zazdroszczą i wolą o tym nie mówić – śmiech – Sam nie wiem.

– To jeśli już wiemy, że niewiele wiemy o Tobie w Polsce, to proszę przedstaw się.
– Tak jak już powiedziałem mieszkam w Irlandii, w hrabstwie Kildare od 12 lat. Mam żonę Alicje i pięcioletnią córkę. Studiowałem na Akademii Wychowania Fizycznego w Gorzowie Wlkp.  Tam też poznaliśmy się z żoną. Mieszkamy na terenie stadniny koni. Wynajmujemy dom. Jest tutaj pięknie. Zielono. Prowadzę w Irlandii klub fitness.

– Kiedy w Twoim życiu pojawił się triathlon?
– Ze sportem związany jestem od dzieciństwa. Już w szkole podstawowej trenowałem bieganie. Kontynuowałem to także w szkole średniej. Startowałem w biegach średnich i długich 1500 – 5000 metrów. Pod koniec szkoły przekwalifikowałem się na triathlon. To był 1999 rok. Namówił mnie znajomy. Sport ten w ogóle nie był wtedy popularny w Polsce. Pierwszy raz startowałem w Kaliszu. Blisko domu, bo mieszkałem w Ostrowie Wielkopolskim. Na zawodach spotkałem chłopaków z Kalisza, którzy trenowali w klubie. Zapisałem się. Przez pierwszy rok pracowałem z trenerem Jerzym Wleklakiem. Trafiłem do kadry województwa Wielkopolskiego. Zdążyłem wyjechać na kilka obozów sportowych.

– A na studiach porzuciłeś triathlon?
– Tak. Wróciłem do biegania. Zaliczałem kilka maratonów rocznie. Po studiach wyjechałem do Irlandii. Przez pierwsze dwa, trzy lata skupiłem się przede wszystkim na pracy. Ale jak się ustabilizowała sytuacja to zacząłem się rozglądać. Zobaczyłem, że w Irlandii odbywają się zawody triathlonowe. Sprowadziłem z Polski stary rower i wystartowałem w jednej, drugiej imprezie. Było ok. W 2010 roku zrobiłem pierwszego Ironmana w Zurichu.

– To był przełomowy moment?
– Można i tak powiedzieć, bo od tamtego momentu cały czas trenuję. To już osiem lat.

– Ironmana w 2018 roku zrobiłeś z czas 8 godzin 46 minut 50 sekund. W ten sposób zostałeś najszybszym Polakiem na Hawajach. Poprzedni rekord należał do Marka Jaskółki – 8:48:27 – i był gorszy o prawie dwie minut. Zostałeś także najszybszym Irlandczykiem. Jamesa Currana pokonałeś o dziesięć minut. Czy po uzyskaniu kwalifikacji na zawodach w Walii, gdzie zająłeś drugie miejsce w kategorii wiekowej z czasem 10 godzin i 12 sekund przygotowywałeś się tylko w Irlandii?
– Start na Hawajach był zwieńczeniem dwuletniego projektu. Po raz pierwszy na Kona wystartowałem z biegu. To było cztery lata temu. W 2014 roku. Wtedy kwalifikacje uzyskałem w Austrii, gdzie złamałem 9 godzin. To było trzy miesiące przed Hawajami i miałem mało czasu na przygotowanie się do zawodów. Start ten potraktowałem jako wakacje. Pojechałem tam po doświadczenia. To była niezła lekcja pokory.

– I po tych zawodach wiedziałeś, że w 2018 roku wystartujesz jeszcze raz na Hawajach?
– Po powrocie do Irlandii miałem kilkumiesięczne roztrenowanie. W związku z tym, że ciągle lubię biegać to zaliczyłem kilka biegów górskich i adventure races m.in. 24godzinny The Race czy Bieg Rzeźnika. Kiedy podjąłem decyzję, że wracam na Konę zaplanowałem, że tym razem slota zdobędę wcześniej i tak też się stało. Kwalifikacje zdobyłem 13 miesięcy przed Hawajami. Wtedy też uznałem, że chcę czegoś więcej niż tylko wystartować i potrzebowałem trenera.

– I tak trafiłeś na Rafała Medaka?
– Rafała poznałem na Hawajach w 2014 roku. Zrobił na mnie dobre wrażenie. Tak się złożyło, że był na zawodach w Walii i umówiliśmy się na rozmowę. I tak rozpoczęła się nasza roczna współpraca, podczas, której Rafał przygotował mnie do startu na Kona w 2018 roku.

– Czy trenowałeś tylko w Irlandii? Czytałem, że warunki tam masz świetne. Łąki do biegania, rower w górach…
– To prawda, że warunki są super. Mieszkam na terenie stadniny koni i mam gdzie biegać. Do morza 30 minut samochodem. W góry też blisko. 10 kilometrów na rowerze. Pięć minut na basen, pięć do Studia Fitness gdzie pracuję. Można powiedzieć, że miałem warunki optymalne, aby się dobrze przygotować. Jedyne do czego trzeba się przyzwyczaić, to deszcz. Ale to nie jest wielki problem. Podczas tego okresu udało mi się wyjechać na kilka dni pod koniec listopada na Gran Canarii na ocenę techniki pływania pod okiem Bretta Suttona i Rafała oraz ustaliliśmy plan na kolejne miesiące przygotowań. Kolejnym już 2 tygodniowym wyjazdem był obóz na wysokości w St. Moritz pod koniec  sierpnia.

– Trenowałeś sam, czy może z kimś?
– Trudno się spasować z kimś. Wprawdzie prowadzę w siłowni grupę triathlonistów i biegaczy, ale do zawodów przygotowywałem się głównie sam. Mogłem decydować, kiedy robię trening. Czy na trenażerze, czy na bieżni. Mogłem wszystko dopasować do obowiązków rodzinnych. Zawieźć, przywieźć 5-letnią córkę Zosię ze szkoły, lub z basenu.

– Czy to prawda, że niektóre treningi rozpoczynałeś o 4 rano?
– Tak. Lubię podziwiać wschód słońca będąc na rowerze oraz puste drogi bez samochodów. Tym bardziej, że prowadziłem w soboty zajęcia o 8.30 i jedynym wyjściem było zrobienie treningu przed. Aby zdążyć przejechać 100-120 kilometrów trzeba było wstać wcześniej.

– Ile tygodniowo trenował Mariusz Olejniczak przygotowując się do startu na Hawajach?
– W zależności od okresu przygotowawczego. Ale nie było tego jakoś dużo objętościowo, bardziej liczyła się jakość treningu. Średnio w okresie zimowo-wiosennym ok 10-12 godzin tygodniowo. Na pewno nie przekraczałem 15 godzin w tym okresie. Dopiero na przełomie sierpnia-września dochodziło maksymalnie do 20 godzin , nie licząc obozu w St. Moritz gdzie wyszło po 30 godzin . Ale tam tylko trenowanie, spanie, jedzenie i dalej trenowanie.

– A jak się regenerowałeś?
– Przede wszystkim sen i dobre odżywianie. Jeśli to tylko było możliwe i nie trenowałem lub nie pracowałem to spałem. Takich krótkich drzemek po 10-15min w środku dnia zdążało się kilka. W kuchni moja żona dbała o zdrowe odżywianie. Zrobiła to perfekcyjnie.

– Prowadzisz grupę triathlonową. Czy w Irlandii ten sport jest popularny?
– Jest bardzo popularny. I cały czas się rozwija, podobnie jak w Polsce. Nasz region, który jest 30 kilometrów od Dublina zaczyna się wybijać. Zawodnicy są coraz mocniejsi i odnosimy liczne sukcesy nie tylko na terenie Irlandii, ale również i za granicą. Indywidualne prowadzę 20 zawodników, którzy startują pod szyldem No1Fitness lub No1Triathlon. Oprócz tego prowadzę w klubie zajęcia grupowe na trenażerach, treningi funkcjonalne, zajęcia siłowe typu crossfit oraz treningi obwodowe.

– Planujesz już sezon 2019?
– W tej chwili tylko się rozglądam. Jestem amatorem i wszystko musi mieć balans. Teraz staram się poświęcać czas rodzinie.

– A jak żona i córka znosiły Twoje treningi?
– Żona ma sport w kodzie DNA, tak jak ja. Lubi go. Zrobiła w Walii pełen dystans. Ma zaliczonych kilka krótszych startów, lubi także biegać. Córka natomiast jest skazana na sport, ale też go lubi. Była z nami na Hawajach. Startowała w biegu dla dzieci. Potrafi kazać mi zatrzymać samochód jak są jakieś zawody, aby wyjść pokrzyczeć, poklaskać. Lubi kibicować. Jeździ także konno.

– Czy jesteś popularny, rozpoznawalny w Irlandii po sukcesie na Hawajach?
– Nie dbam o popularność. Jak ktoś składa mi gratulację to dziękuję i urywam temat. Według mnie nic wielkiego nie osiągnąłem. Owszem to pomaga w biznesie. Jest dobrą reklamą mojej pracy i klubu.

– Czy triathloniści Irlandzcy odgrażają się, że odbiorą Ci rekord na Hawajach?
– Bryan Mc Crystal to bardzo mocny Irlandczyk, z którym rywalizuję na zawodach. Świetnie jeździ na rowerze, ja lepiej biegam. Myślę, że będzie chciał spróbować odebrać mi najlepszy wynik w kolejnych latach wśród Wyspiarzy.

– Twój kolejny cel triathlonowy?
– Na razie skupić się na pracy z innymi. Zdobyłem wiele doświadczenia podczas rywalizacji przez ostatnie 20 lat i jeśli mogę przekazać to innym i pomóc im dotrzeć tam, gdzie chcą, to jest to dla mnie równie satysfakcjonujące, jak sam wyścig. Co do starów to jestem namawiany do udziału w Mistrzostwach Polski, ale to jeszcze zobaczymy…

– Na jakim dystansie?
– W grę wchodzi pełen lub połówka.

– Gdybyś wystartował, to myślę, że byłyby to emocjonujące zawody. Już nie mogę się doczekać.
– Zobaczymy… Alicja jeszcze nic nie wie.

Marcin Dybuk
Foto materiały prywatne Mariusza Olejniczaka

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X