Rozmowa

Hawaje podróżą poślubną

#polskieHAWAJE Razem jadą na mistrzostwa świata Ironman i żartują, że wyjazd na Hawaje oraz start jest ich podróżą poślubną. Łukasz Potapczuk oraz Maria Szmidt nie ukrywają, że właśnie spełniają jedno z marzeń.

Jak przebiegają Wasze przygotowania treningowe oraz logistyczne do startu na Hawajach?
Łukasz Potapczuk
: Mój sezon treningowy jest zdecydowanie inny niż poprzednie. Wraz z trenerem Tomkiem Spaleniakiem z Endure Team postawiliśmy na mniejszą liczbę startów w tym sezonie, aby skoncentrować się na treningach. Było to głównie podyktowane mniejszą liczbą godzin, którą dysponowałem w ciągu tygodnia na treningi, ale również tym, że w tym roku od późnej wiosny do końca lata głównie funkcjonowałem z przyczepy kempingowej na półwyspie helskim, skąd trenowałem i pracowałem. Mój sezon startowy do tej pory składał się z dwóch startów – w Ironman 70.3 Warsaw (4:23:51), gdzie bez przygotowania specjalistycznego pod połówkę udało się spełnić cel, jakim było zakwalifikowanie się na MŚ w Utah, oraz start w Castle Triathlon Malbork na dystansie długim (9:41:36). W Malborku trzymałem się planu startowego 1:1. Udało mi się wywalczyć brązowy medal w kategorii M30. Oprócz naszego sezonu startowego, treningi nie różnią się od tych pod typowego Ironman’a. Nie mamy możliwości trenowania w tropikach. Więc zostawiamy sobie dużo miejsca do poprawy na okres przygotowań do kolejnych startów na Hawajach. Treningowo w szczytach osiągamy około 20h w tygodniu, z czego większość czasu spędzamy na rowerze i biegu. W kwestii logistycznej – na Hawaje dolatujemy wieczorem 29 września, co daje mi nieco ponad tydzień na aklimatyzację, a Marii parę dni mniej, ponieważ startuje w czwartek – a ja w sobotę.
Maria Szmidt:
U mnie przygotowania treningowe przebiegały zgodnie z planem, do czasu urazu – naderwania więzadła strzałkowo-skokowego na początku sierpnia. Niestety, pod koniec długiego wybiegania postawiłam niefartownie stopę na chodniku w miejscu, gdzie była dziura (brakowało kostki). Przyznam, że perspektywa zawieszenia treningów bardzo mnie rozstroiła, ale Tomek Spaleniak nasz trener podszedł do tematu spokojnie. Rehabilitacja pod okiem Asi i Mateusza z FizjoInstytutu przebiegała sprawnie. Dzięki temu do treningów wróciłam po 3 tygodniach, a miesiąc po kontuzji udało mi się zająć w Malborku na dystansie 70.3. (starcie, który miał być sprawdzianem dla nogi) drugie miejsce w K30 i 10 open kobiet. Noga przez cały start nie dawała o sobie znać, także teraz wchodzę na zdecydowanie większe objętości treningowe przygotowujące bezpośrednio do startu na Hawajach. Staram się podchodzić do treningów z hasłem „one step at the time”.

Z jakim nastawieniem pojedziecie na Hawaje?
MS: Myślę, że przede wszystkim będziemy starać się chłonąć atmosferę. W końcu tylko raz jesteś pierwszy raz na Hawajach i legendarnych zawodach. Także będziemy się cieszyć się, że tam jesteśmy, a do samych zawodów podejdziemy z pokorą do dystansu i wyspy.
ŁP: Przez to, że jest to nasz pierwszy start na Hawajach, staramy się jechać tam bez nastawienia na konkretny wynik. Zależy nam na tym, żeby ukończyć zawody w zdrowiu, z uśmiechem na twarzy. Niestety, jestem wyjątkowo podatny na większą temperaturę. Więc będę się koncentrować głównie na chłodzeniu organizmu i uzupełnianiu elektrolitów. W kwestii oczekiwanego czasu na mecie – jest za dużo nowych czynników, na które będziemy wyeksponowani pierwszy raz na takim dystansie (temperatura, wilgotność, wiatr na rowerze, nie mówiąc o innej strefie czasowej), aby móc to określić.

Jakie macie oczekiwania wobec tego startu?
MS: Moje oczekiwania: będzie piekielnie trudno, a celem jest przekroczenie linii mety.
ŁP: Oczekuję dużo bólu.

Debiutujecie na Hawajach, czy z tego powodu towarzyszą Wam jakieś obawy?
MS: Myślę, że największe obawy dotyczą spraw logistycznych – czy nie odwołają lotów, czy rower dojedzie cały, jak dobrze zorganizować się na miejscu. No i oczywiście obawy o odwodnienie w trakcie zawodów.
ŁP: Największymi obawami, oprócz tego, czy sprzęt przyleci w jednym kawałku, to warunki atmosferyczne, które panują na Hawajach – temperatura, wilgotność, oraz wiatr na rowerze. Dodatkowo, osobiście na dwa dni przed moim startem planowanym na sobotę, będę kibicować i wspierać Marię w jej starcie. Więc mam nadzieję, że będę miał klimatyzowaną kawiarnię, gdzie będę mógł się schować przez słońcem.

Czy fakt, że jedziecie razem i startujecie, choć w innych dniach, dodaje Wam pewności siebie?
MS: Zdecydowanie. Obydwoje zakwalifikowaliśmy się na MŚ na pełnym dystansie oraz połówce. Jest to coś wyjątkowego i magicznego, że możemy przeżywać te same doświadczenia wspólnie. Dzięki temu czujemy wzajemne od siebie wsparcie. Przeżywamy te same trudy na treningach i wiemy, że na miejscu możemy na siebie liczyć. W 2018 roku pojechaliśmy na MŚ w RPA, na które tylko Łukasz zdobył slota. Było to również bardzo fajne doświadczenie, bo w pełni mogłam oddać się kibicowaniu Łukaszowi, ale przyznam, że się cieszę, że teraz obydwoje jesteśmy po tej drugiej stronie. Dla obydwojgu z nas zapowiada się niezły „maraton”. Przygotowania do startu Łukasza będą się trochę różnić od tych standardowych, gdyż 06.10. ja startuję, więc cały dzień będzie na nogach. I nawet jakby pamiętał, że trzeba odpoczywać, to myślę, że towarzyszące emocje będą go niestety dużo kosztowały. Zresztą takim doświadczeniem podzielił się ostatnio Eric Lagerstrom, który kibicując Pauli Findley na zawodach w Kanadzie (chyba, wygrała te zawody), tak zużył zapasy energetyczne, że kolejnego dnia podczas własnego startu zupełnie zabrakło mu paliwa i siły do ciśnięcia. Ja z kolei będę podczas jego zawodów pewnie cała zakwaszona i obolała. Więc nie będę tak sprawna w przemieszczaniu się i kibicowaniu jak zazwyczaj, ale dam z siebie wszystko.
ŁP: Zdecydowanie. Maria jest najlepszym suport crew, jaki mogę sobie wyobrazić, ponieważ nie tylko zna mój organizm najlepiej po mnie i Tomku, ale sama wie, co czuje podczas startu. Zawsze, na ile pozwalają na to regulaminy startów, wspiera mnie odpowiednim nawodnieniem lub podaje odpowiednie jedzenie.

Czego najbardziej obawiacie się, jeśli chodzi o start na Hawajach?
MS: Najbardziej obawiam się pływania oraz odwodnienia, czy złego rozplanowania żywienia przez co mogę nie ukończyć zawodów.  

ŁP: Oprócz warunków pogodowych, bardzo mi zależy na tym, żeby zachować zimną krew i trzymać się wyznaczonego planu startowego. Mając już za pasem zawody na MŚ w IM 70.3 w RPA, wiem, że łatwo zacząć się ścigać z innymi age grouperami, którzy są znacznie mocniejsi w danej części zawodów. Na dystansie pełnego IM w takich warunkach pogodowych muszę skoncentrować się na żywieniu i chłodzeniu, a nie za gonieniem króliczków. Mocniejsze starty planuję wykonać przy okazji kolejnej wycieczki na Hawaje.

Czym jest dla Was start na Hawajach?
MS: Podróżą poślubną (śmiech). W czerwcu tego roku wzięliśmy ślub pod Rzymem i śmiejemy się, że start na Hawajach będzie naszą podróżą poślubną. A poza tym na pewno jest kolejną odhaczoną na liście rzeczą do zrobienia. Wydaje się to całkiem nierealne, że do tej pory od 10 lat co roku oglądaliśmy transmisję na żywo z zawodów, samemu jeżdżąc w tym czasie na trenażerze, jedząc obiad i kibicując cały dzień przed laptopem. A teraz ten cały spektakl będziemy widzieć na żywo i doświadczać przez wiele dni! Przyznam, że nie spodziewałam się, że tak szybko uda nam się to osiągnąć. Oczywiście szybko, patrząc z naszej perspektywy.

W jaki sposób wspieracie się wzajemnie na co dzień w tej triathlonowej przygodzie?
MS: Ciężko powiedzieć, bo triathlon stał się częścią naszego życia i mamy to już po prostu we krwi. Najpierw Łukasz trenował sam. Wtedy byłam trochę tym wsparciem logistycznym, kulinarnym, ale tak naprawdę to był jego świat, który nie do końca rozumiałam w ciągu roku, po czym na zawodach za każdym razem miałam łzy w oczach. A potem, kiedy dołączyłam do tego świata, wzajemne wsparcie w treningach stało się naturalne. Myślę, że na co dzień jest nam zdecydowanie łatwiej trenować systematycznie, ponieważ jak jedna osoba ma gorszy dzień, to ta druga ją wyciąga na ten basen. Dzięki naszemu trenerowi mamy przez większość dni podobne jednostki treningowe (oczywiście zindywidualizowane), także logistyka dnia jest w dużej mierze podporządkowana temu, co dzisiaj mamy za trening do zrobienia, co trzeba przed nim zjeść itd.  Ponadto logistycznie wszystko jest łatwiejsze we dwójkę – np. weekend – 5 h roweru – nie ma problemu, bo obydwoje wskakujemy i jedziemy razem i nikt nie zostaje „sam”. Myślę, że też dużym plusem bycia w tym sporcie razem jest umiejętność zrozumienia, co to znaczy być zmęczonym po intensywnym dniu w pracy oraz po solidnym treningu. Dzięki temu nie mamy wobec siebie wzajemnych oczekiwań, że np. w piątek pójdziemy na imprezę i będziemy się bawić do czwartej nad ranem. W naszym przypadku jest to niemożliwe. Nie mamy siły, a do tego w sobotę czeka nas np. długie wybieganie.
ŁP: Zazwyczaj pływackie i rowerowe jednostki treningowe wykonujemy wspólnie. Wtedy  logistyka jest znacznie łatwiejsza, ponieważ wspólnie jedziemy na basen lub razem wskakujemy na trenażery. Treningi biegowe zazwyczaj wykonujemy w tym samym czasie, ale przez inne tempo – każdy biegnie w swoją stronę. Dzięki wspólnej pasji, często dzielimy się obowiązkami, aby jedna osoba miała więcej przestrzeni na treningi, jeżeli z jakiegoś powodu nie możemy go wykonać razem. Nasze menu bardzo często jest takie same, z wyjątkiem gramatury (śmiech). Starty również zawsze planujemy wspólne, z kilkoma wyjątkami, najczęściej spowodowanymi kontuzjami.

Jak trafiliście do triathlonu?
MS
: Ja trafiłam oczywiście przez Łukasza. Kibicując mu na zawodach, stwierdziłam, że też tak bym chciała no i jakoś poszło. Oczywiście na początku miałam obawy i byłam nieśmiała. Zaczęło się od regularnego chodzenia na basen z Łukaszem. On robił własny trening, a ja w tym czasie próbowałam się nie utopić, a moim największym sukcesem było przepłynięcie 50 m, nie wypluwając przy tym płuc. Potem Łukasz rzucił mi wyzwanie zrobienia 1/8 w Gdyni (to było jeszcze Herbalife Triathlon), a moją największą obawą było to, czy zmieszczę się w limicie czasu pływania. Zmieściłam się, przekroczyłam linię męty i miałam apetyt na więcej. Wtedy też zaczęłam pomału współpracę z Tomkiem, no i tak rośnie pasja oraz współpraca, że jedziemy w tym roku na Hawaje. Chociaż kiedyś zapierałam się, że to dystans nie dla mnie.
ŁP: Do triathlonu zainspirował mnie mój znajomy, z którym często mijałem się na basenie. Zauważył, że dobrze pływam i opowiedział o legendarnym starcie na Konie. Od tego momentu wiedziałem, że chcę tego spróbować. Tak zostałem aż do dziś.

Czy mieliście kontakt ze sportem przed triathlonem?
MS: Oj tak! Wychowałam się na sportach wodnych – żeglarstwo, windsurfing, kitesurfing, oraz narciarstwie! Zresztą do tej pory kocham te sporty, a w tym roku po 10 latach wróciłam do kitesurfingu! Natomiast z bieganiem, rowerem, czy pływaniem nie miałam nic wspólnego.
ŁP: Przed wejściem do triathlonu pływałem przez 2 lata rekreacyjnie i grałem w tenisa. Praktycznie nic na poważnie.

Jak zapamiętaliście debiuty w tym sporcie?
MS: Moim debiutem była 1/8. Pamiętam, że byłam pewna obaw i byłam w zasadzie w dużej mierze nastawiona, że nie ukończę, że okaże się, że to nie dla mnie. A tu niespodzianka! Ukończyłam, podobało mi się bardzo i zaraziłam się tym na dobre. Natomiast chyba największe wrażenie zrobił na mnie debiut na 70.3. również w Gdyni. Było to dla mnie prawdziwe wyzwanie. W trakcie zawodów trzeba już dobrze rozłożyć siły, pamiętać o odpowiednim żywieniu itd. Przekraczając linię męty, byłam z siebie bardzo dumna. A debiut na pełnym dystansie – mam wrażenie, że od linii startu do mety cieszyłam się jak dziecko i miałam banana na twarzy. Cieszyłam się z tego, że mój organizm jest w stanie to zrobić, ale też miałam poczucie, że jestem dobrze przygotowana. Po przekroczeniu mety powiedziałam zresztą od razu, że wolę pełny dystans niż 70.3.
ŁP: Tragedia. Susz w 2011 roku z czasem 06:27:02. W upalny dzień na rowerze wypiłem dwa bidony, przez co od 5 kilometra na „biegu” (nie można tak tego nazwać) poczułem mięśnie, o których istnieniu nawet nie wiedziałem.

Co Wam na początku sprawiało największe problemy w triathlonie?
MS: Zdecydowanie pływanie, zresztą do tej pory jest to moja najmniej ulubiona część triathlonu.
ŁP: U mnie jest to ciągle rower. Pływanie i bieg mam na wysokim poziomie, ale rower jest zdecydowanie moją piętą achillesową, pomimo mojej dużej sympatii do tej dyscypliny i braku awersji do trenażera. Coś w moim organizmie blokuje szybki postęp na rowerze.

Co Wam najbardziej podoba się w triathlonie?
MS: Trenowanie (śmiech). myślę, że taka rutyna dnia codziennego i to, że dzięki trzem dyscyplinom żadna się nie nudzi, a nawet w razie kontuzji można trenować chociażby jedną. Do tego takie uczucie ciągłego rozwoju, bycia w kontakcie z własnym ciałem i pokonywania  słabości.

Jak udaje się Wam na co dzień łączyć treningi z innymi obowiązkami?
MS: Nie zawsze wychodzi to idealnie, ale zazwyczaj mamy rozpisany plan treningowy z tygodniowym wyprzedzeniem. Więc możemy sobie odpowiednio zaplanować układ danego dnia. Wiadomo, że nie raz, jeżeli przeciągną nam się obowiązki w pracy, to wchodzimy na rower o 22, ale nie narzekamy.

Jakie macie marzenia związane z triathlonem?
MS: Żeby triathlon jak najdłużej dawał nam tyle radości i satysfakcji, ile daje nam przez tyle lat.
ŁP: Na pewno start na Hawajach jest na naszym bucket list. Wraz z popularyzacją dystansu ultra, myślimy też o starcie na dystansie double Ironmana w czerwcu 2023 roku.

Czego Wam życzyć na nadchodzące tygodnie?
MS: Spokoju, solidnych treningów, zdrowia i enjoy’owania czasu na Hawajach i Utah!
ŁP: Szybkiego dostosowania się do warunków na Hawajach oraz małego wiatru na rowerze w dzień zawodów!

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X