Rozmowa

Do triathlonu trafił w wieku 36 lat. Teraz jedzie na Hawaje

#polskieHAWAJE Trafił do triathlonu za sprawą Jurka Górskiego. W zeszłym roku w Gdyni  Krystian Domino wywalczył slota na MŚ, na Hawajach. Właśnie ten start jest dla niego głównym celem w tym sezonie.

Już coraz bardziej zbliżają się kultowe zawody na Hawajach. Jak u Ciebie przebiegają przygotowania do tych zawodów?
Zaczęło się końcowe odliczanie… Przygotowania zacząłem już w zeszłym roku, po starcie w Gdyni. Ulżyło mi, gdy przyszła wiadomość o przeniesieniu zawodów na ten rok. Mogłem więcej czasu poświęcić na oswojenie się z realizacją tego marzenia. Obecnie skupiam się na treningach i staram się unikać kontuzji, zwłaszcza podczas treningów rowerowych. Do zrealizowania pozostaje jeszcze kilka kwestii logistycznych. Podróżowanie w obecnych czasach wiąże się z dużą niepewnością. Mam nadzieję, że w tym roku uda się przeprowadzić te zawody i bagaż dotrze na czas. Nie tylko ja mam obawy przed zaginięciem walizki z rowerem.

Na jakich zawodach udało się wywalczyć slota na Konę?
Slota zdobyłem w ubiegłym roku w Gdyni na zasadzie rolling down. W mojej kategorii wiekowej było najwięcej slotów, pozostało tylko czekać kilka miejsc w dół, aby marzenie się spełniło. Moim celem na Gdynię nie była walka o slota. Jednak cieszę się ogromnie, że marzenie związane z triathlonem się spełniło.

Jak wspominasz tamten start, na którym udało się wywalczyć przepustkę na Hawaje?
Był to mój debiut na pełnym dystansie. Zawody wspominam mile. Nie tylko ze względu na slota. Przed startem oczywiście towarzyszył przedstartowy stres, nieprzespana w pełni noc, pogoda, która przypominała raczej późny wrzesień niż środek wakacji. Zimno, deszcz potęgowały tylko niepewność.  Wmawiałem sobie: rób swoje, byle do mety. Byłem nastawiony na ukończenie zawodów, a nie na wynik. O rower się nie bałem, mimo dość wymagającej trasy wiedziałem, że dam radę utrzymywać założone waty, a brak upału tylko mi w tym pomoże. Dopełnieniem całości miał być oczywiście bieg. Starałem się rozłożyć siły równomiernie. Nie podpalać się na początku i jak najdłużej trzymać równe tempo. Biegło mi się całkiem dobrze. Dopiero na 38 km przyszło zmęczenie, ale euforia związana z tym, że jestem już tak blisko niosła mnie do mety. 

Z jakim nastawieniem pojedziesz na Hawaje?
Nie chcę sobie robić nadziei na bicie rekordów. Wielu moich znajomych, którzy byli już na Kona, mówią, że ten pierwszy raz jedzie się po doświadczenie. Mam podziwiać widoki i cieszyć się atmosferą najważniejszych w tym roku zawodów triathlonowych na świecie. Czuję jednak respekt przed trasą, temperaturą, wilgotnością. Chcę ukończyć te zawody i być częścią tego niezwykłego wydarzenia. Mam nadzieję, że zdobyte tam doświadczenie zaprocentuje na kolejne sezony.

Przygotowujesz się pod Hawaje tylko od strony treningowej, czy próbujesz czerpać jak najwięcej informacji o zawodach, trasie, czy panujących tam warunkach?
Hawaje są jedyne, wyjątkowe. Cały czas słucham podcastów z wywiadami z polskimi triathlonistami, którzy brali już udział w MŚ. Czytam też fanpage, media społecznościowe, aby jak najwięcej wiedzieć przed wylotem. Staram sobie wyobrazić atmosferę jaka panuje tam podczas zawodów. Podczas treningów na trenażerze oglądam relacje z zawodów z poprzednich lat.

Z jakich źródeł czerpiesz wiedzę nt. zawodów na Hawajach?
Cały czas szukam informacji o zawodach w Internecie. Media społecznościowe, relacje wywiady. Wszystko co pomogłoby mi w lepszym przygotowaniu się. 

Ile planujesz jeszcze startów przed Hawajami?
Planuję jeszcze trzy starty na ćwiartce, może połówkę w Poznaniu, ale nie chcę ryzykować zdrowia kosztem wylotu.

Jak oceniasz dotychczasowe starty w tym sezonie?
Cały sezon podporządkowany jest Konie. Ćwiartki, połówki w Warszawie i Bydgoszczy były mocnymi treningami.

Jak trafiłeś do triathlonu?
Dzięki Jurkowi Górskiemu. To On zainspirował mnie do spróbowania triathlonu.

Jak wyglądały początki w tym sporcie?
Przygodę ze sportem rozpocząłem dość późno, bo w wieku 36 lat. Zaczęło się od najprostszej formy ruchu, czyli biegania. Pomoc Jurkowi przy organizacji Crossu Straceńców była tym bodźcem. Początkowo nie myślałem o triathlonie, nie miałem przecież roweru, a pływanie ograniczało się do możliwości przepłynięcia tylko kilku długości basenu. Podziwiałem Jurka, jego osiągnięcia. Jednak skupiony byłem na biegach, które dawały mi radość i spełnienie. Dyszki, półmaratony, maratony, w końcu ultra i  coroczna edycja Crossu Straceńców. Z Jurkiem byliśmy też dwukrotnie na legendarnym biegu z przeszkodami Tough Guy w Anglii.  W ciągu kilku kolejnych lat poznałem fantastycznych ludzi, którzy dzielą swoje pasje pomiędzy bieganie i rower. Oni z kolei zainspirowali mnie do roweru. Myśl o triathlonie przyszła jak już miałem swoją pierwszą szosę. 

Jak wspominasz triathlonowy debiut?
To była ćwiartka w Gdańsku w 2014 roku. Na tydzień przed zawodami dopiero miałem rower. Codziennie przez 5 dni jeździłem po ok. 40 km. Uczyłem się wpinać i wypinać buty. Piankę miałem pożyczoną i była to duża damska pianka do surfingu, z grubej pianki. Jednak te zawody dały mi ogrom szczęścia. Poczułem, że wszystko jest możliwe.

Co na początku sprawiało Ci najwięcej problemów w triathlonie?
Myślę, że najwięcej problemów było z pogodzeniem wszystkich pasji. Chciałem dalej biegać w górach i to była moja priorytetowa dyscyplina, pod którą ustawiałem kalendarz. Marzeniem był udział w UTMB. Polubiłem też zawody MTB. Triathlon miał być tylko uzupełnieniem. Oczywiście marzyłem o karbonowej szosie, o czasówce, ale nie wszystko da się zrobić w jeden sezon. Decyzję o kolejnym starcie podjąłem dopiero, gdy wiadomo już było, że w kolejnym roku w Gdyni odbędzie się I edycja połówki pod szyldem Ironman. I tak już musiałem planować starty w sezonie zarówno na ultramaratony, zawody MTB i triathlon.

Czym zafascynował Cię triathlon?
Triathlon jest wyjątkową dyscypliną. Łączy sporty, które każdą z osobna jest dla amatora w zasięgu. Trzeba tylko chcieć. 

Jak udaje się na co dzień łączyć treningi z obowiązkami rodzinnymi i zawodowymi?
Logistyka treningów, życia rodzinnego i zawodowego to największe wyzwanie. Jeszcze jak pogoda pokrzyżuje plany, to dochodzi kolejny element trudności. Pierwszy trening robię zazwyczaj przed pracą. O 4.30 już biegam, a w okresie przygotowawczym wchodzą na zmianę dodatkowe jednostki na trenażerze. Po pracy kolejna sesja treningowa. Nie byłoby to możliwe gdyby nie wsparcie rodziny. Mam wyrozumiałą żonę, której bardzo dużo zawdzięczam. Moje dzieci są już samodzielne i nie wymagają organizacji czasu, dlatego też mogę poświęcić tyle czasu na treningi.

Ile czasu w ciągu tygodnia poświęcasz na treningi?
W zależności od okresu jest to od 8-14 godzin. Sporadycznie  16.

W czym odnajdujesz motywację do dalszych treningów i startów?
Motywuje mnie cel, jaki mam osiągnąć dzięki treningowi. Staram się podążać za marzeniami. Małymi kroczkami. Najważniejsze jest mieć cel, nawet taki, który wydaje się być z pozoru nieosiągalny. 

Pod czyim okiem trenujesz?
Moim trenerem jest Zbyszek Gucwa. Zdaję się na jego doświadczenie i cenne wskazówki.  Dopiero teraz doceniam, czym jest plan treningowy pod okiem trenera.

Jak układa się dotychczasowa współpraca?
Bardzo dobrze. W drużynie jest siła, dlatego mam świadomość, że we Wrocławiu mógłbym więcej zyskać dzięki wspólnym treningom. Myślę, że miałbym również więcej bodźców motywacyjnych.

Co byś poradził innym amatorom, którzy mają problem z łączeniem obowiązków ze sportem?
W każdej sytuacji należy szukać optymalnego rozkładu dnia. Nie zawsze to się udaje, nie należy całkowicie rezygnować. Uprawianie sportu na poziomie amatorskim powinno dawać przyjemność i kojarzyć się z przyjemnymi chwilami, które motywują do trenowania.

Jakie masz marzenia związane z triathlonem?
Ukończyć start na Hawajach. Kolejne marzenia z pewności przyjdą w okresie roztrenowania. Na pewno chciałbym być w triathlonie jak najdłużej.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X