Rozmowa

Dezyderia Pawlak: wuefistka z triathlonową pasją

W Gdyni zadebiutowała na pełnym dystansie. Na co dzień Dezyderia Pawlak jest nauczycielką wychowania fizycznego i matką dwójką dzieci. Trenuje pod okiem Jakuba Czaji.

Zadebiutowałaś na pełnym dystansie w Gdyni. Jak wrażenia?
Oczywiście wrażenia są niezapomniane i fantastyczne. Choć nie wszystko poszło idealnie, to na końcu i tak była ogromna radość i satysfakcja.

Co Cię skłoniło do tego pomysłu, aby debiutować na tak wymagającym dystansie?
Wydaje mi się, że większość zawodników amatorów, w pewnym momencie triathlonowej przygody zaczyna myśleć o tym dystansie. Nie planowałam tego startu w tym roku, ale kiedy ogłoszono, że dystans długi po raz pierwszy odbędzie się w moim mieście, to pomyślałam: jak nie teraz, to kiedy? Czy jest lepsze miejsce na debiut niż „własne podwórko”, niż miejsce, w którym zaczynałam przygodę ze sportem? Po konsultacji z trenerem, jego opinii, że jestem gotowa i po rozmowie z rodziną, podjęłam decyzję o starcie.

Jak przebiegały przygotowania do tego wyzwania?
Przygotowania, choć bardzo czasochłonne, przebiegały zgodnie z planem. Na szczęście ominęły mnie kontuzje. Po raz pierwszy udało mi się także wyjechać na parę dni do Włoch,  aby wspólnie z trenerem i częścią grupy potrenować w trochę innych warunkach. Najtrudniejszym elementem przygotowań były długie wyjeżdżenia. Jazda rowerem po  polskich drogach nie należy do najprzyjemniejszych. Staram się nie jeździć sama, ale nie zawsze uda się z kimś zgrać na kilkugodzinną jazdę. Samotne wyprawy były dla mnie dużym stresem. Zakładki zabierały natomiast połowę dnia. Pomimo że wychodziłam na trening o świcie, to wracałam dopiero w  porze obiadu. To było trudne, zwłaszcza że większość weekendu musiałam poświęcić na trening, a nie na czas z rodziną.

Zobacz też: Mateusz Kaźmierczak: Celujemy w Igrzyska Olimpijskie w Paryżu

Jakie miałaś założenia razem z trenerem Jakubem Czają na ten start?
Celem było ukończenie zawodów w dobrym stanie, z uśmiechem na twarzy i przed zachodem słońca.

To nie był Twój pierwszy start w Gdyni. Czy wcześniejsze doświadczenie z gdyńskich zawodów okazało się pomocne tym razem?
To był mój szósty start w Gdyni. Z pewnością czułam się pewniejsza psychicznie, bo lubię startować u siebie. Tym razem znajomość trasy i własnych terenów za bardzo mi nie pomogła może ze względu na warunki pogodowe.

Jak przebiegał sam start z Twojej perspektywy?
Start przebiegał bez żadnych niemiłych niespodzianek, a towarzystwo znajomych z mojej triathlonowej grupy skutecznie blokowało przedstartowy stres.

Jakie miałaś trudności na trasie?
Na trasie miałam głównie problemy podczas etapu rowerowego. Mokra nawierzchnia, wiatr, strach przed złapaniem gumy i miejscami kiepskiej jakości asfalt, wybijały z rytmu.

Który etap wyścigu był dla Ciebie  najtrudniejszy?
Zawsze najtrudniejszy jest dla mnie rower, bardziej psychicznie niż fizycznie. Jest to moja najsłabsza dyscyplina. Od początku jechało mi się źle i niepewnie. Tę część pokonałam poniżej możliwości i oczekiwań.

Kiedy pojawiały się kryzysy na trasie?
Pierwsze kryzysy pojawiły się na końcówce roweru, który niestety się przedłużył. Zaczęłam odczuwać zmęczenie pozycją rowerową, sztywność karku. Chciałam jak najszybciej zejść. Jednak kiedy już znalazłam się w T2, myśl o czekającym mnie maratonie wcale nie zażegnała kryzysu i nie dodała mi skrzydeł.

W jaki sposób udało się je przezwyciężyć?
Pomogła mi przede wszystkim obecność najbliższej rodziny, moich dzieci, trenera, sporej części grupy CTS i innych znajomych, którzy byli na trasie biegowej. To są zalety startów u siebie, że zawsze można liczyć na wsparcie. To również świetna atmosfera i doping obcych ludzi, od których usłyszałam wiele miłych słów. Były też krótkie pogawędki z innymi zawodnikami podczas maratonu. To wszystko choć na chwilę pomagało zapomnieć o kryzysach i biec dalej.

Co czułaś, przekraczając metę?
To była kumulacja wielu odczuć i emocji. Przede wszystkim chyba ogromna radość i wzruszenie, że to już meta i moment, który do tej pory sobie wyobrażałam stał się realny.  Przezwyciężyłam przeciwności, różne obawy, zmęczenie, przetrwałam proces treningowy.  Wygrałam przede wszystkim z samą sobą.

W jakich okolicznościach znalazłaś się w triathlonie, nie mając do czynienia wcześniej ze sportem?
Nie miałam do czynienia ze sportem wyczynowym, ale zawsze byłam aktywna fizycznie. Jetsem absolwentką AWFiS Gdańsk. Do triathlonu trafiłam z rekreacyjnego biegania, które początkowo było tylko marszem na bieżni. Pomagało mi odzyskać formę po drugiej ciąży. Pewnego dnia trafiłam na jakąś biegową gazetę, która zamieściła 10 tygodniowy trening do dystansu 10 km. Udało mi się zrealizować plan treningowy i pokonać ten dystans zgodnie z założeniami poniżej godziny. Radość na mecie była tak ogromna, że od tamtej pory regularnie biegałam. Do tego dość dobrze pływałam. Woda nie stanowiła dla mnie problemu. Kibicowałam także zawodnikom podczas pierwszych edycji triathlonu w Gdyni.  Postanowiłam, że również spróbuję tej dyscypliny.

Biegasz dopiero od siedmiu lat. Skąd brała się niechęć do biegania?
Myślę, że do pewnych rzeczy trzeba też dojrzeć. Rzeczywiście nigdy nie lubiłam biegać.  Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że pokonywanie kolejnych kilometrów może być przyjemne i stanowić  fajną formę relaksu.

Jak wspominasz debiut w triathlonie?
Zadebiutowałam w Gdyni na sprincie w 2015 roku. Pamiętam, że było wtedy bardzo gorąco. Wydawało mi się, że jednak będzie to trochę łatwiejsze, niż było w rzeczywistości.

Czy po tym starcie byłaś przekonana do kolejnych startów?
Tak i zaplanowałam kolejne starty. Niestety następny sezon nie doszedł do skutku, ponieważ uległam wypadkowi na rowerze. Pomimo że był to niegroźnie wyglądający upadek, na prostej drodze, przy niedużej prędkości, to pechowo złamałam rękę w stawie barkowym. To zakończyło się operacją i śrubowaniem, które mam do dziś. Przy okazji podziękowania dla lekarzy ze szpitala Copernicus w Gdańsku za profesjonalnie i szybko przeprowadzony zabieg.

W jakich okolicznościach rozpoczęłaś współpracę trenerską z Jakubem Czają?
Początkowo nie chciałam wracać do triathlonu. Mąż namówił mnie, abym jednak spróbowała i nie żałowała, że poddałam się za szybko. Pomyślałam, że sama nie dam rady i skontaktuje się tylko z trenerem z Trójmiasta. Zadzwoniłam akurat do Jakuba. Kiedy przedstawiłam mu  obawy i dość ambitne plany pokonania połówki IM, Kuba spokojnie powiedział, że damy radę i jest to do zrobienia. Zaczęliśmy współpracę, która trwa już piąty sezon. Bardzo dobrze się układa.

Jak wyglądał proces do sprawności po wypadku rowerowym?
Musiałam od nowa nauczyć się pływać oraz z powrotem wsiąść na rower. Proces dochodzenia do pełnej sprawności był żmudny, bolesny, stresujący i kosztowny. Przy okazji podziękowania dla rehabilitanta Pawła z Rehafun.

Masz dwójkę dzieci oraz pracujesz jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole. Jak wygląda Twoja organizacja dnia, aby znaleźć czas na trening?
To jest chyba największe wyzwanie każdej pracującej i trenującej mamy. Wciskam treningi w wolne chwile. W tygodniu najczęściej trenuję wieczorem na trenażerze, jak dzieci już śpią. Zdarza się, że dzieci są jeszcze w szkole, a ja już po pracy. To jest czas, aby wyskoczyć na trening biegowy w ciągu dnia. Czasami uda się potrenować, kiedy dzieci mają własne zajęcia lub wyciągnąć je razem ze mną. Ja biegnę, oni jadą na rowerze. Weekendy to zazwyczaj poranne treningi. Mimo wszystko bez wsparcia męża i mojej mamy, nie zrealizowałabym większości jednostek, szczególnie w okresie wakacyjnym.

Czy z powodu natłoku obowiązków krążyły myśli, aby zrezygnować z triathlonu?
Zdarzały się takie momenty, ale wiem, że tak naprawdę robię to, bo lubię. Nic nie muszę, więc jeśli naprawdę mam kryzys, to po prostu odpuszczam trening. Trener doskonale zna moje podejście. Rozumie i nigdy mnie nie krytykuje.

Czy dzieci podzielają Twoją sportową pasję?
Dzieci zawsze mi kibicują. Jesteśmy aktywni całą rodziną. Dzieci mają własne treningi i ulubione dyscypliny. Nie namawiam ich do triathlonu, ale zaliczyli parę biegowych wyścigów przy okazji moich startów.

Z jakimi reakcjami w szkole spotykasz się na fakt, że startujesz w tri?
Pracuję w liceum, które od lat jest Liderem Sportu Szkolnego w Gdyni. Duża część naszych uczniów to świetni sportowcy z osiągnięciami na arenie krajowej, a nawet międzynarodowej.  Większość z nich zdecydowanie lepiej biega i pływa ode mnie. Reakcje są pozytywne, jeśli uczniów interesuje ten temat, to chętnie z nimi rozmawiam. Zdarza się, że spotykamy się na zawodach biegowych. Czasem są wolontariuszami podczas zawodów, w których startuję lub sami postanawiają zacząć przygodę z triathlonem. Myślę, że większość uczniów nie wie, jaką dyscypliną zajmuję się poza godzinami pracy.

Co chcesz pokazywać za pomocą tej przygody z triathlonem?
Triathlon jest dla mnie miłym dodatkiem do codzienności i ma być dostosowany do mojego życia, a nie na odwrót. Można się triathlonem po prostu bawić. Z tego co słyszę dookoła, trenuję zdecydowanie mniej. Dlatego każde podium, na którym uda mi się stanąć, sprawia mi podwójną frajdę.

Jakie masz triathlonowe marzenie?
Chciałabym wystartować na zawodach razem z córką i wbiec z nią na metę.

Co chcesz osiągnąć poprzez triathlonowe starty?
Po prostu chcę być zdrowa, sprawna, bawić się w to jak najdłużej i czerpać z tego przyjemność.

 

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz również
Close
Back to top button
X