Rozmowa

Dariusz Drapella: Uprawiając triathlon, czuję, że żyję

Podczas MŚ w Utah wywalczył slota na Hawaje, choć niewiele brakowało, a Dariusz Drapella nie wystartowałby w zawodach. Kilkanaście godzin trwały poszukiwania jego roweru. Ostatecznie udało się. Wykupił już bilety lotnicze i rozważa różne możliwości noclegowe na wyspie np. w namiocie. #polskieHAWAJE

Jak oceniasz start na mistrzostwach świata, mając też w pamięci przygody z kolanem?
Jeśli chodzi o kolano, to jeden chirurg powiedział: Darek, siądź na dupę i zapomnij o bieganiu. Rower jeszcze by się dało, ale bieganie wykluczone. Więc musiałem zmienić chirurga. Przechodząc do startu, to zaskoczenie w Utah było duże, bo miałem silną konkurencję. Wszyscy jakoś szykowali się do tych mistrzostw, a ja praktycznie nie miałem treningu biegowego. Na dobrą sprawę na żadnych zawodach nie przebiegłem za jednym razem nawet 10 kilometrów.

Jak schodziłeś z roweru pomyślałem, że spuchniesz i nie dasz rady zrobić dobrego wyniku, a Ty na mecie w kategorii wiekowej zameldowałeś się czwarty.
Kiedy skończyłem rower, to usłyszałem, że jestem piąty i zawodnik przede mną ma siedem minut przewagi. Niby to duża przewaga, ale na 42 kilometrach mogą zdarzyć się różne rzeczy. Wyobraź sobie, że na biegu, który jest moją najsłabszą konkurencją, wypadłem najlepiej w kategorii wiekowej. Na to złożyło się wiele czynników, za które cenię triathlon. Dobrze się nawodniłem, rozłożyłem siły, bo wypacaliśmy niesamowite ilości potu. Na mecie za to spotkała mnie niesamowita niespodzianka, bo dostałem slota jedynego w mojej grupie. Więc czuję się prawie jak mistrz świata (śmiech).

Jak to się stało?
Drugi zawodnik zrezygnował, bo miał dość triathlonu na ten rok i powiedział, że nie będzie już się kopać z koniem. A pierwszy i trzeci mieli już sloty z innych zawodów. Więc byłem pierwszy w kolejce. Wykrzyczałem trzykrotnie moje nazwisko i modliłem się, aby zadziałała karta kredytowa. Trzeba spełnić trzy warunki. Musisz wykazać, że to Ty. Wystarczyło mieć nadal tatuaż z numerem startowym. Należy zdążyć z wymówieniem nazwiska, że wyraża się chęć wzięcia slota i trzeci Twoja karta musi zadziałać. Mam slota i kupiłem bilety lotnicze, bo z każdym dniem są coraz droższe. Chyba na miejscu kupię namiot, bo w Utah mieszkałem w namiocie i udało się zdobyć czwarte miejsce (śmiech). Obecnie są tak niewiarygodne ceny jakichkolwiek noclegów na Big Island. Wezmę jakąś pałatkę albo dmuchany materac i dam radę (śmiech) Samochodu tym razem nie wypożyczę. Podjadę rowerem w pobliże startu.

Czyli Twoje starty są trochę jak harcerskie wycieczki.
Trochę tak, ale dobrze mi z tym. Nie czuję się jak na swoje lata. Wiem, że życie zaczyna się, kiedy wychodzi się ze strefy komfortu. Wielokrotnie z niej wychodziłem. Czuję, że żyje.

Ile czasu spędziłeś z żoną w USA?
Od 2 maja do 15 maja. Do tego mieliśmy przygody. Nie doleciał mój rower, więc było dużo stresu. Mało tego, nie było kogo pytać o ten rower. Na drugi dzień postanowiłem pojechać i szukać roweru na lotnisku. Kiedy wjechałem w kanion bez jakiegokolwiek zasięgu złapałem kapcia. Na najbliższym szczycie też nie było zasięgu, żeby ściągnąć pomoc. Zacząłem szukać, czy jest jakieś koło dojazdowe. Było. Znalazłem także klucz. Do tego był podnośnik i pompka. W pewnej chwili pomyślałem, że chyba limit pecha się wyczerpał. Zdążyłem wrócić do St. George. Uprosiłem kogoś, aby mi wymieniono koło. Potem wróciłem do Las Vegas, ale nigdzie nie było śladu roweru. Dlatego zacząłem po swojemu sprawdzać każdy cal lotniska. Widziałem w oddali Filipinkę, która ciągnęła uszkodzone pudło. To był mój rower, udało się go złożyć. Na szczęście nie był uszkodzony.

Gdyby nie Twoja determinacja, to byś nie wystartował w mistrzostwach świata?
Podejrzewam, że dostarczyliby mi rower, ale po zawodach. Nie można się poddawać. Moje całe przedstartowe przygotowanie ograniczyło się do 30 minutowej jazdy na rowerze. Nie zdążyłem nic przebiec. Udało się zrobić dwa treningi, bo chciałem oswoić się z wodą. Udało mi się objechać też trasę samochodem i to był mądry pomysł. Po prostu wiedziałem, co mnie czeka.

Skąd bierzesz na to wszystko energię?
Kiedyś wymyśliłem, skąd biorę tę energię i to było niezłe hasło reklamowe. Dzięki temu dostałem panele słoneczne za pół ceny (śmiech). Powiedziałem w pewnej firmie, że biorę tę energię ze słońca i zasuwam jak misio na duracellach. To jest pasja, która trwa kilka lat. Czuję się młodziej i czuję że żyję. Mam z tego satysfakcję. To jest też zobowiązanie w stosunku do trenera, który mnie prowadzi, czyli Kuby Czaji z CTS. Tworzymy taką świetną, smerfową rodzinę. Zresztą dobrze wspominam każdego mojego trenera (Monikę Smaruj, czy Tomka Kowalskiego oraz Piotra Suchenię, który przygotowywał mnie do pierwszego Ironmana w Zurichu). Miałem szczęście do świetnych ludzi. Dookoła jest wspaniałe towarzystwo. Mam wrażenie, że moja postawa motywuje niektórych ludzi. Najbardziej cieszę się, jak ruszają się z kanapy osoby, które myślą, że jest już za późno na jakąkolwiek aktywność. Motywuję mnie też wnuki. Mam ich 12. Każdy idzie własną ścieżką. Choć podglądają poczynania dziadka.

Planujesz jechać na Hawaje. Z jakim nastawieniem?
Nie ma co kalkulować. Każde mistrzostwa są inne, a Hawaje są szczególne. Choć jestem przekonany, że trasa w Utah była znacznie ciekawsza, czy trudniejsza. Wszyscy, którzy mają porównanie, mówią, że te ostatnie mistrzostwa świata St. George były najtrudniejsze w historii triathlonu, ze względu na ukształtowanie trasy kolarskiej i trudny bieg z czterema wzniesieniami. Do tego dochodził ogromny upał.

Marcin Dybuk

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X