Rozmowa

Bartka Sarbaka trenuje przyszły szwagier Robert Wilkowiecki

Trenuje od czterech sezonów. Jego drugą pasją jest windsurfing, a marzeniem Bartka Sarbaka wywalczenie slota na MŚ na Hawajach.

Obecnie zmagamy się z pandemią koronawirusa. Jak podchodzisz do tej sytuacji?
Podchodzę do tego na spokojnie. Wierzę, że im więcej osób podejdzie do tego z pełną świadomością, to na pewno szybciej wrócimy do „normalności”. Z drugiej strony uważam, że takie zatrzymanie się świata „na chwilę” daje wszystkim trochę czasu na przemyślenia.

Jak obecnie przebiegają treningi?
Przede wszystkim razem z trenerem zeszliśmy z intensywności treningów, ale tak naprawdę to wiele się nie zmieniło. Jedyne co można uznać za zmianę to brak treningu na basenie, którego mi brakuje. Czułem, że przepracowałem sumiennie zimę. Oczywiście zastąpiliśmy to gumami pływackimi i wieloma innymi ćwiczeniami.

Ile treningów odbywasz obecnie w ciągu dnia?
Obecnie trenuje dwa razy dziennie, a zdarzają się i takie dni, że dochodzimy do trzech treningów.

Czy ewentualny brak rozegrania obecnego sezonu, wpłynie jakoś na Twoje przygotowania?
Nadzieja zawsze umiera ostatnia. Jeśli się nie odbędzie, a na to wszystko wskazuje, to się nic nie stanie. Bo wypracowana forma zaprocentuje w przyszłym sezonie. W to wierzę.

sarbak

Czytaj także:

Wilkowiecki wyjechał do Hiszpanii, zmienił trenera…

Jakie miałeś cele na ten sezon?
Celem, jak co roku było stać się lepszym i wszechstronniejszym zawodnikiem. Jeśli chodzi o same zawody, to chciałem powalczyć o medal mistrzostw Polski na dystansie 1/2 IM. Na pewno plany były ambitne i to bardzo. Jednak uważam teraz, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Tylko należy skupić się na treningach, a na pewno głód ścigania i rywalizacji będzie jeszcze większy.

Od kiedy jesteś związany ze sportem?
Od małego, prawie jak każdy chłopak zaczynałem od gry w piłkę nożną. Szło mi całkiem dobrze, ale jakoś nie udało się wybić. Potem miałem przygodę ze wspinaczką górską. To też była fajna zajawka, która dawała sporą dawkę adrenaliny. A na końcu miałem kontakt z windsurfingiem i w wolnych chwilach uprawiam go do dziś.

Właśnie, Twoją drugą pasją jest windsurfing. Czy ona jest ważniejsza od triathlonu?
Windsurfing, odkąd pojawił się triathlon, stał się hobby. Pływam i cieszę się wolnością na wodzie, kiedy tylko mam na to czas. Zazwyczaj w momencie roztrenowanie koło września/października biorę deskę, żagiel i mogę pływać cały dzień. To mi sprawia niesamowitą frajdę.

Przejdźmy do triathlonu. Kiedy zetknąłeś się pierwszy raz z tym sportem?
Po raz pierwszy styczność z triathlonem miałem podczas zawodów triathlonowych w Wolsztynie jako wolontariusz. To właśnie wtedy dowiedziałem się, co to jest za sport. Wówczas miałem już 18 lat, ale w tamtym czasie jeszcze mnie to nie zainteresowało do tego stopnia, żeby zacząć trenować.

Kto Cię wprowadził do triathlonu?
Przekonałem się sam, a raczej sytuacja, która wydarzyła się w tamtym czasie w moim życiu,  zmusiła mnie do zajęcia się czymś, co zajmie mi głowę na długie godziny i przy tym będę mógł się też wyżyć. Do samego triathlonu wprowadził mnie mój starszy kolega Maciej. Wówczas miał już roczne doświadczenie w triathlonie i pływał też na windsurfingu.

Jak zapamiętałeś debiut?
Zadebiutowałem 15.05.2016 na dystansie 1/8 w Lubaszu. Mogę powiedzieć, że miałem prawdziwy chrzest triathlonisty. Tego dnia było tak strasznie zimno, że dziwnie to zabrzmi, ale w wodzie było cieplej, niż na zewnątrz. Podczas etapu rowerowego wiało oraz padał deszcz z gradem. Miałem na sobie jedynie strój na ramiączkach i opaski kompresyjne… Schodząc z roweru, miałem tak skostniałe ręce, że założenie butów graniczyło z cudem. Na mecie zameldowałem się w czasie 1:21:21.

sarbak

Czytaj także:

Droga Lecha Jarońca do Ironmana

Kiedy wystartowałeś po raz kolejny?
26 czerwca 2016 roku wystartowałem na 1/2 w Suszu. Co prawda, zapisany byłem na sprint, ale kolega Maciej powiedział, że nie opłaca się jechać tak daleko na godzinę ścigania… Długo się nad tym nie zastanawiałem i przepisałem się na ½. Wtedy ten dystans spodobał mnie się najbardziej.

Czy masz sportowy wzór?
Autorytet to raczej za dużo powiedziane, ale bardzo skrupulatnie obserwuję Jana Frodeno oraz Lionela Sandersa. Szczególnie monitoruję zachowania Jana, ze względu na jego wysoki poziom.

Z których zawodów masz najlepsze wspomnienia?
Najlepiej wspominam zawody w Szczecinie na 1/2 w zeszłym sezonie. Tego dnia wszystko zagrało, jak powinno.

Dzięki czemu odnalazłeś się w tym sporcie?
Dlatego, że uwielbiam rywalizację. Jest to sport indywidualny i wiem, że muszę liczyć tylko na siebie i na to, jak pracowałem na treningach. Wiem też, że na dany sukces zapracowałem ciężką pracą.

Potrzebujesz specjalnych motywacyjnych impulsów do dalszych treningów oraz startów?
Nie potrzebuję jakieś większej motywacji z zewnątrz. Sam wiem, po co to wszystko robię i co mi to daje. Choć mam też takie dni, że najzwyczajniej w świecie nic mi się nie chce. Wtedy potrzebuję zrobić dobry trening, który mnie podbuduje.

Kto Ciebie trenuje?
Trenuję pod okiem mojego przyszłego szwagra Roberta Wilkowieckiego. Nasza współpraca trwa już drugi sezon i jestem z niej bardzo zadowolony.

Jak zaczęła się współpraca z Robertem?
Po zakończeniu jednego z sezonów Robert zaproponował mi współpracę. Potrzebowałem chwili zastanowienia, bo w tamtym okresie miałem trzech różnych trenerów z każdej dyscypliny. Choć byłem z tego zadowolony, to postawiłem na zmianę, mając na uwadze, że jedna osoba od wszystkiego jest najlepszym rozwiązaniem.

Jaki triathlon ma wpływ na życie prywatne?
Na pewno ma duży wpływ, bo wiążą się z tym pewne wyrzeczenia, ale jeśli ktoś wie, po co trenuje, to myślę, że łatwiej jest to wszystko pogodzić. Jednak nie należy popadać ze skrajności w skrajność. Czasami zdarzają się sytuacje ważniejsze niż trening.

Jesteś też studentem na kierunku wychowanie fizyczne, czy triathlon pomaga w jakiś sposób na studiach?
Trochę na pewno. Triathlon jest wszechstronnym sportem. Więc na pewno jest łatwiej. Idąc na wychowanie fizyczne myślałem, że poziom będzie wyższy i faktycznie zainteresowanie sportem też będzie na wyższym poziomie, ale niestety tak nie jest.

Jak godzisz na co dzień studia z treningami?
Jakby to były tylko studia i treningi, to myślę, że mogłoby być kolorowo i przyjemnie. Dodatkowo pracuję w tygodniu tyle, ile jestem w stanie. Aktualna sytuacja w kraju zmusiła mnie do powrotu do domu. Jednak wcześniej pracowałem po ponad 100 godzin miesięcznie. Zatem dzień rozpoczynam bardzo wcześnie pobudką koło 5:00-5:15, żeby o szóstej wskoczyć do wody bądź zrobić inny trening, a kończę też często drugim treningiem przed 22… Jednak zawsze powtarzam, że jest to tylko i wyłącznie mój wybór i nikt mnie do tego nie zmusza. Więc nie ma co narzekać.

Na czyją pomoc możesz liczyć na co dzień w godzeniu wszystkich obowiązków ze sportem?
Studiuję dziennie. Zatem mieszkam poza rodzinnym domem. Tak naprawdę trzeba liczyć tylko i wyłącznie na siebie, bo tylko ode mnie zależy, jak ułożę sobie plan dnia, żeby mieć na wszystko czas. Jednak muszę przyznać, że sporą pomoc dostaję od mojej dziewczyny.

Jak obecna sytuacja zmieniła Twoje sportowe plany na ten rok?
Zmieniła jedynie tak, że trenuję na mniejszych intensywnościach i nie muszę wiercić w ścianie oraz montować kolejnego wieszaka na liczne medale z tego sezonu, bo ich nie będzie (śmiech). Nie ma się co nakręcać, tylko robić dalej swoje, a forma i wyniki przyjdą, jak nie w tym to w kolejnym sezonie. Trzeba też sobie odpowiedzieć na pytanie, czy trenuje się tylko pod te wszystkie życiówki i zawody, czy też dla siebie, żeby być lepszym sobą.

Jakie masz cele oraz marzenia związane z triathlonem?
Chciałbym na pewno zdobywać medale mistrzostw Polski i slota na mistrzostwa świata na dystansie 1/2. Marzenie, jak niemal każdego triathlonisty, jest zdobycie tego najważniejszego slota i pojawić się na magicznej wyspie Big Island.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
rozmowa przeprowadzona 4.04.2020
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button
X