Rozmowa

Andrzej Desselberger – pingpongista z marzeniami o podwójnym Ironmanie

Przez ponad 30 lat grał w tenisa stołowego. Ukończył też m.in.: supermaraton. Od sześciu lat uprawia triathlon. Andrzej Desselberger ma ambitne cele, w tym start na podwójnym Ironmanie.

Zacząłeś przygodę ze sportem od tenisa stołowego. Jak do tego doszło?
Tata działał w SKS (Spółdzielczym Klubie Sportowym) “START” Włocławek. Siostra (trzy lata starsza) już trenowała. Więc i ja rozpocząłem treningi. Wszystko zaczęło się w 1979 roku. Wcześniej przez rok razem z ojcem, siostrą oraz zaprzyjaźnioną rodziną od poniedziałku do piątku od 5 do 6 rano biegaliśmy po pobliskim lesie. Miało to być przygotowanie do I Maratonu Pokoju, w którym nie wystartowaliśmy. Dopiero zadebiutowałem w 32 maratonie Warszawskim.

Jak wyglądała Twoja droga w tenisie stołowym?
Przez 35 lat gry reprezentowałem głównie START Włocławek, ale również LZS Wichowo. Na koniec kariery spędziłem kilka sezonów w klubie UNIA Choceń. W jego barwach udało się awansować do III ligi.

Zajmowałeś się tym sportem przez 35 lat. Jak zmieniała się ta dyscyplina na Twoich oczach?
Przez lata tenis stołowy się zmieniał. Niewtajemniczeni widzieli, że zamiast do 21 punktów,  zaczęto grać sety do 11 pkt. Przez to partia trwała minimum trzy sety (gra do 3 wygranych). Grający wiedzieli, że najpierw zmieniła się wielkość piłeczek z 36 na 40mm, a potem materiał, z którego była wytwarzana. Kiedyś to była celuloidowa, a dzisiaj plastikowa. Okładziny, to już wręcz setki różnego rodzaju odmian. Choć wprowadzony w pewnym momencie nakaz gry okładzinami w dwóch kolorach-czarnym i czerwonym pozwalał na rozróżnianie, którą stroną akurat przeciwnik zagrał. Były czasy gry na tzw. “świeżym kleju”, co powodowało nieco mniejszą kontrolę nad grą. Za to pozwalało na nadawanie większej rotacji piłeczce. Obecnie można używać tylko kleju tzw. wodnego, a okładziny przyklejać z dużym wyprzedzeniem przed grą (nawet jeden dzień, gdyż za pomocą odpowiednich “maszynek” sędziowie badają czy dana rakietka nadaje się do gry). Rakietka to jest przede wszystkim deska. Kiedyś tylko drewniana, teraz także carbonowa.”Deski” są budowane z różnych materiałów. W zależności od przeznaczenia, czy stylu gry zawodnika, w zróżnicowanych kombinacjach. Finalnie było widać wyścig zbrojeń, który z gry świetlicowej stał się dość drogim sportem. Trzeba do wszystkiego dodać stoły, które również przechodzą ewolucję techniczną. Do tego strój tenisisty stołowego, czyli koszulka (nawet do czterech sztuk na mecz, spodenki, skarpetki, tenisówki – kolejny skok technologiczny oraz dresy).

Potem miałeś epizod z maratonami w 2012 i 2014 roku. Dlaczego postanowiłeś spróbować sił w tym sporcie?
Zacznę, że w 2012 i 2014 roku ukończyłem odpowiednio maraton (2012) i supermaraton (2014) Gór Stołowych z przewyższeniami w sumie około czterech tysięcy metrów. Wcześniej zacząłem biegać półmaratony. Zaliczyłem kilka maratonów. To były biegi w Poznaniu, Warszawie, we Włocławku. Do tego w Sztokholmie, gdzie połączyłem start z wizytą u rodziny. Bieganie jest podstawowym treningiem w każdej dyscyplinie sportu. Biegam od 1978 roku. W szkole podstawowej (7 i 8 klasa) łapałem się do 10 najlepszych w biegach przełajowych i na dłuższych dystansach 1000-10000m. Dlatego też raczej nieuchronnym było mierzyć w coraz to nowe cele, aż doszło do ultramaratonu w Górach Stołowych na dystansie 50 kilometrów. Tego samego roku (2014) udało mi się ukończyć w limicie czasowym jeden bieg na Babią Górę. Jednego dnia,były biegi 1x ,3x, 6x na Babią Górę.6x ruszali o 3 w nocy, 3x ruszali o 6 rano, 1x ruszaliśmy o 9 godzinie.Każda grupa robiła swój jeden bieg. Ja robiłem “1x Babią Góra”.

Zobacz też:

Maciej Hawrylak: W cztery lata osiągnąłem wszystko, co chciałem

Od sześciu lat jesteś związany z triathlonem. Jak to się stało?
Muszę powiedzieć, że zainteresowałem się tą dyscypliną około 15 roku życia. No cóż, to były początki na świecie, a ja odbijałem piłeczkę pingpongową. Podczas zmian w mojej pracy zawodowej podjąłem decyzję o sprawdzeniu się w tak ciężkim sporcie, jakim jest triathlon. Jak wszędzie, tak i w sporcie potrzeba trochę szczęścia. Ja takie miałem, trafiając na obóz triathlonowy w Kątach Rybackich. Tak rozpoczęło się moje spotkanie z triathlonem i firmą LABOSPORT POLSKA. Będę zawsze powtarzać, że była to na wskroś świetna decyzja. I połknąłem bakcyla w 100 procentach. Trafiłem na znakomitych trenerów. Poznałem grupę świetnych ludzi, z którymi z większością do dzisiaj utrzymujemy świetne kontakty!

Jak wspominasz początki w tym sporcie?
Pierwszy sezon to było ostrożne wchodzenie do tej dyscypliny. 35 lat treningów pokazało, że mogłem zacząć od dystansu 1/4 IM. Obecnie wielu przekonuję, żeby zaczynali od 1/8. Ukończyłem zawody w Piasecznie, gdzie poznałem Marcina Ławickiego. Etap pływacki nie poszedł najlepiej. Potem była najprostsza trasa rowerowa i dość łatwa trasa biegowa. Drugim startem był Radków. To była mordęga. Nigdy w życiu nie musiałem tak podjeżdżać pod górę około ośmiu kilometrów. Za chwilę był zjazd w dół i drugi raz pod górę. Na koniec był do pokonania bieg z jednym, niewielkim asfaltowym podbiegiem. Jednak na drugim kółku już podchodziłem. Trzecim startem była “olimpijka” w Poznaniu, czyli rodzinnym mieście mojej babci. Pływanie niezłe, bo dogoniłem niektórych pływaków z wcześniejszej fali. Rower pokonałem za ostro na pierwszych 20 kilometrach. Więc druga część była już na sztywnych nogach. Przebiegłem dwa kółka biegu i koniec sezonu. Tam też spotkałem się z dwoma chyba najgorszymi sprawami związanymi z triathlonem.

Jakimi?
Pierwsza to kradzież rowerów. Prawie na naszych oczach zostały skradzione dwie sztuki  prosto ze strefy zmian. Druga sprawa to była śmierć zawodnika. Ksiądz z Gniezna utonął, nie dopływając do linii startu. Już następnego dnia czułem, że tak ostrożne podejście do debiutanckiego sezonu w triathlonie było zbyt dużym asekuranctwem. Kolejne dwa sezony upłynęły spod znaku udziału w pełnej edycji GIT.

Kto Ci pomagał od początku przygody z triathlonem?
Od samego początku moimi trenerami i mentorami byli oraz są Marcin Florek, Filip Szołowski, Piotr Grzegórzek, Krzysztof Augustyniak, Marcin Ławicki. Jednocześnie stali się znakomitymi przyjaciółmi.

Wyjeżdżałeś na obozy m.in. w Szklarskiej Porębie oraz w Katach Rybackich. Jak wspominasz te wyjazdy?
Dwa razy byłem w Kątach Rybackich i raz w Szklarskiej Porębie. Każdy obóz był inny. W większości inni ludzie. I tacy, którzy siedzą w sporcie i triathlonie, ale też osoby, które chciały tylko sprawdzić, czy są w stanie sprostać ciężkim wymaganiom. Szklarska Poręba była wyjątkowa, bo oprócz kolejnych nowych znajomości z zawodnikami już coś znaczącymi w polskim triathlonie, można było spotkać Iwonę Lewandowską (dzisiaj Bernardelli, naszą maratonkę z IO, pochodzącą z moich okolic), czy porozmawiać z Heniem Szostem, czyli naszym świetnym maratończykiem. Oj, było tam wielu znanych sportowców, ale w końcu Szklarska jest mekką treningową naszych sportowców.

Który rok w dotychczasowej przygodzie z triathlonem był dla Ciebie najlepszy i dlaczego?
Bezdyskusyjnie 2019 rok, gdy przeszedłem do kategorii wiekowej M50-54. Okazał się przełomowym. Byłem najmłodszy w tej AG. Jednak, aby stawać na podium, musiałem porządnie się przygotować do sezonu. Starty na 1/4 IM: Płock pierwsze miejsce i czas poprawiony na ciężkiej trasie o ponad siedem minut. To utwierdziło mnie, że jestem gotowy do walki. Kolejny start to Ślesin i rekord życiowy 2:17, czyli poprawa czasów sprzed roku i dwóch o 10 minut!!! Jeszcze w Chodzieży (dzisiaj smutno wspominanej ze względu na tragiczną śmierć dziennikarki podczas jazdy rowerem) udało mi się stanąć na pierwszym miejscu. Chociaż miałem kilka tygodni przerwy ze względu na niewielkie kłopoty zdrowotne. Później drugie miejsca w Brodnicy i Nieporęcie, co dało w klasyfikacji łącznej – mówimy cały czas o dystansie 1/4 w M50-54 – zwycięstwo z łącznym czasem nieco ponad 9:30 z czterech najlepszych startów i prawie pół godziny przewagi nad drugim zawodnikiem. Na koniec sezonu dołożyłem wygraną na 1/4 IM w Malborku, oczywiście w M50. W rywalizacji “wewnętrznej”  okazałem się najlepszy wśród zawodników z Włocławka. Choć byłem zdecydowanie najstarszy (śmiech).

W 2017 zadebiutowałeś w Bydgoszczy Borównie na pełnym dystansie z czasem 11:20. Jak wspomnienia?
Mam wiele wspomnień. Z pływania mam najmniej wspomnień po każdym moim starcie. W Borównie płynąłem 1:14. Rower jechałem dość spokojnie. Choć były drobne błędy w postaci lekkiego “szarpania” przy rywalizacji z niektórymi zawodnikami. Miałem przewagę nad wieloma rywalami, bo na tej trasie trenowałem podjazd na ul. Gdańskiej. Bieg i marszobieg pokazał, że nie byłem do końca przygotowany do biegu po jeździe rowerem. Po drodze poznałem zawodnika, który kończył kategorię wiekową 45-49. Chciał w trzecim starcie na pełnym dystansie złamać 12 godzin na mecie. Zameldował się o jedną sekundę za mną.  Wyprzedziłem go na ostatnich metrach, goniąc przez ostatnie około 300 metrów!  Dziękuje za cztery masaże w ciągu trzech dni po starcie. Dzięki temu mogłem w środę bez bólu normalnie chodzić. Bardzo jestem zadowolony do dzisiaj z czasu tego debiutanckiego startu na pełnym dystansie.

Jak przebiegały treningi do tego startu?
Do Bydgoszczy Borówno 2017 przygotowania zacząłem 11 miesięcy wcześniej. Do tego wszystkiego udało mi się spotkać na swojej drodze trenera, który za naprawdę nieduże pieniądze przygotowywał mnie tak do maratonu (czas 3:48 PB choć do 35km tempo było na 3:15) jak i do #Jędrekcel2017, jak nazywam na Facebooku cele na każdy rok. Wydawało mi się, że tych treningów jest za mało. Okazało się, że były odpowiednie. Była jedna przerwa około miesiąca, gdy powróciło niewyleczone do końca przeziębienie. Praktycznie cały styczeń nie trenowałem. Jednak potem miałem trzy razy basen tygodniowo, bieganie, a gdy się ociepliło i rower. Wówczas nie posiadałem trenażera, żeby zimą kręcić w domu. Podobały mi się treningi zakładki, gdy jeździłem cztery godziny na rowerze z Bydgoszczy do Torunia i z powrotem. Zaraz potem biegłem pięć, czy siedem kilometrów. Wówczas musiałem zasięgnąć rady u mojego masażysty mojego, gdy dziwnie organizm reagował na takich treningach.

Zajrzyj do:

Piotr Meller marzy o Patagonmanie

Na którym dystansie najbardziej lubisz startować?
Podstawowym dystansem jest 1/4 IM. Ten rok pokazał mi, że sporo mam przed sobą na 1/2 IM. Teraz pierwszy raz powiem oficjalnie, że moim marzeniem jest start w DOUBLE IRONMAN. Chciałbym sprawdzić się na takich zawodach.

Masz dorosłego syna. Czy ma podobną pasję do ojca?
Syn Kacper, dzisiaj jest 25-letnim mężczyzną i kawał faceta z niego z ponad 100 kilogramami wagi. W szkole podstawowej i gimnazjum trenował piłkę nożną w klubie ‘LIDER” Włocławek. Niestety, zerwane więzadła w kolanie nie pozwoliły kontynuować kariery. Nie chciałem, żeby trenował tenis stołowy. O triathlonie nigdy nie rozmawialiśmy w sensie jego trenowania tej dyscypliny sportu.

Gdzie trzymasz wszystkie nagrody?
W mieszkaniu na ścianie mam specjalnie zrobioną wnękę przez znajomego podczas remontu pokoju, w której wisi telewizor. Więc powstała pod nim półka, na której kładę medale. Specjalnie ich nie widać, tylko zwisające z nich tasiemki. Po zakończeniu roku, a raczej po zdobyciu medalu w pierwszych zawodach nowego roku, te z poprzedniego lądują w szufladzie. Obecnie tam leżą dodatkowo: medal ukończenia Bydgoszcz-Borówno 2017 – pełny dystans, medal ukończenia IRONMAN Barcelona 2019 (czas 11:06:57) oraz wspomniany medal za trzecie miejsce w Białymstoku. To będzie na zawsze moje. Inna sprawa, że wszystkie te medale były wystawione na licytacje. Obydwa z pełnego dystansu na WOŚP. Pierwszy wrócił do mnie w moje urodziny w sierpniu 2018 roku. Drugi został na prośbę zwycięzcy licytacji. Do tego medal PZTri już “zarobił”, gdyż wystawiłem go na licytację dla dwóch potrąconych dziewczyn przez auto, czyli Rity i Kasi. Cała trójka licytujących wpłaciła oferowane kwoty! Taki medal cieszy więcej niż jeden raz.

W tym sezonie zdobyłeś brązowy medal MP w Białymstoku w kategorii wiekowej. Wracasz pamięcią do tamtego startu?
Wygrał Henryk Brzóska. To, jaki postęp zrobił, zaskoczyło mnie niesamowicie. Mój czas rok temu pozwoliłby na zdobycie złotego medalu. Teraz wystarczyło na brąz. Podobnie jak kilka tegorocznych startów tak i ten pokazał, co jeszcze można zrobić, żeby być lepszym w walce z samym sobą!

Czy to jest Twój największych dotychczasowy sukces?
Na pewno zapisałem się w historii polskiego triathlonu. Jednak powiem Ci, że dla mnie ważniejsze zawsze będzie to, że spotykam się ze znajomymi. Ciągle poznaję nowych ludzi. To jest piękno triathlonu i sportu.

Jakie masz jeszcze cele poza startem w podwójnych Ironmanie?
Jeszcze jest cel, który prywatnie porównuję do celu Marcina Koniecznego, który postanowił zostać MŚ w AG 50-54. Choć już w kategorii niższej udało mu się zostać najlepszym na świecie. Nie wiem, czy to nie zabrzmi śmiesznie, ale po zawodach w Calella (IRONMAN Barcelona) postawiłem sobie cel: rekord świata w kat.70+. Obecnie wynosi 12:10:33. Więc pozostanę w triathlonie jeszcze 19 lat. Najbliższy plan to półmaraton “wirtualny” i próba pobicia rekordu życiowego. Potem będą dwa tygodnie roztrenowania i z początkiem listopada ruszam z przygotowaniami do sezonu 2021.

Czy chciałbyś jeszcze spróbować sił w innych dyscyplinach?
Oczywiście plany mogą ulec zmianie, co jednak nie przeszkodzi w ewentualnym powrocie do tenisowego stołu. Tam też mam mnóstwo znajomych, którzy śledzą moje poczynania w triathlonie, namawiając jednocześnie do powrotu.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button