Rozmowa

Beata Jarmołowicz cierpiała i cisnęła w drodze po marzenie

Zwyciężyła w AG w Turcji. Wywalczyła slota na MŚ w Utah.  Ale droga to tego nie była usłana różami. Jeszcze przed zawodami miała wyjątkowego pecha.

Wygrałaś kategorię wiekową podczas IM 70.3 Turcja. Czy ta przeogromna radość zaczyna odpuszczać?
Tak, wygrałam. To było dla mnie ogromne szczęście. Planowałam ten start już tego samego dnia, gdy w Gdyni byłam 3 w AG i wiedziałam, że nie zdobędę slota. Jego zdobycie na MŚ w Utah było moim celem numer jeden na ten sezon, gdy okazało się, że nie wystartuję na pełnym IM w Kalmar. Na mecie cieszyłam się tak ogromnie, że pomimo wyczerpania, krzyczałam i piszczałam. Ogrom gratulacji od rodziny i znajomych dopełniał szczęścia. Po dwóch dniach zaczynam myśleć już trochę bardziej racjonalnie. Wraca myślenie o rzeczywistości, pracy, obowiązkach. lekcjach syna, które robi tu zdalnie.

Nie patrząc na końcowy rezultat, czy cały wyścig przebiegał zgodnie z planem?
Sam wyścig przebiegał zgodnie z planem, ale tydzień przed zawodami składał się z mnóstwa drobnych przeciwności losu, które mogły mnie skutecznie zniechęcić do startu. Problemy zaczęły się jeszcze na kilka godzin przed wyjazdem.

Co się stało?
Okazało się, że odwołano nasz lot powrotny w środę. Więc musieliśmy zostać do soboty, co nie ukrywam teraz, będąc tutaj w słonecznej Turcji na plaży, sobie chwalę (śmiech). W środę po przylocie poszłam popływać do odkrytego basenu hotelowego z dość zimną wodą. Na tyle się wychłodziłam, że poczułam wieczorem, że zaczyna mnie boleć gardło i bierze mnie przeziębienie. Miałam stan podgorączkowy. Nie wykluczałam też covidu. Cały czwartek praktycznie przesiedziałam i przeleżałam w hotelu, kurując się, jak mogłam i pracując mocno siłą woli. Udało się. W piątek czułam się już dobrze. Pojechałam rowerem po pakiet startowy i w drodze powrotnej, w ulewie i po ciemku wpadłam na środku skrzyżowania w zalaną wodą jedyną chyba tutaj dziurę w asfalcie. Przewracając się, złamałam żebrem pół koszyka na bidon na kierownicy. Nawet zawróciłam, żeby kupić nowy, ale ostatecznie wróciłam do hotelu, a mój Krzysiek przymocował mi resztki koszyka na 4 trytytki i konstrukcja trzymała się super. Poobijałam sobie nogi, ale głównie zszargałam nerwy. Następnego dnia rano Turkowie załatali dziurę w asfalcie. W dzień zawodów wszystko poszło zgodnie z planem. Skończyły się niemiłe przygody. Wiedziałam, że będę się ścigać z Rosjanką, która dużo lepiej biega. Podobnie pływa i ma słabszy rower. Plan był zatem taki, żeby wypracować jak największą przewagę na rowerze. Obliczyłam, że byłoby bezpiecznie mieć przed biegiem 12 minut przewagi. Po pływaniu, po wyjściu z T1 miałam niestety pół minuty straty, co mnie zmartwiło, bo liczyłam na lekką przewagę. Mój supportujący cudownie Krzysiek krzyknął mi, że jak dogonię Rosjankę (wystartowałam po niej), będę miała osiem minut przewagi. Goniłam i goniłam, aż wypracowałam czas 2:31:52, czyli 35 km/h. Tutaj trasa jest płaska z dobrym asfaltem. Wiatr był umiarkowany. Więc jechało się naprawdę szybko. Rosjankę dogoniłam dopiero przed samą strefą zmian. Ogarnęłam się szybciej w T2 i wybiegłam na bieg z dziewięciominutową przewagą. Krzyknęłam do Krzyśka, że to mało. Wiedziałam, że jak rywalka pobiegnie o 30 sekund na każdy kilometr szybciej (a tak potrafi), przegram o sekundy. Krzysiek dodawał mi otuchy na każdej z trzech pętli, podając informacje co do sekundy, jaka została mi przewaga, jak szybko  Rosjanka odrabia do mnie stratę i że jak utrzymam tempo, to się uda. To były dla mnie najcięższe zawody.

Zobacz też:

Andrzej Desselberger – pingpongista z marzeniami o podwójnym Ironmanie

 

Jak reagowałaś na te trudności?
Narzekałam, ludzie oglądali się, jak ich wyprzedzałam. Przez te 1:50 wkładałam sobie setki motywacyjnych tekstów. Przy życiu trzymała mnie świadomość dopingu online cudownej grupy Smerfów z CTS. Jak później czytałam te obliczenia, algorytmy i pierwiastki, jakie wyciągali, aby oszacować, czy Rosjanka mnie dogoni lub nie łzy wzruszenia pchały się do oczu. Na 19 km strasznie chciałam usłyszeć od Krzyśka, że mam trzy minuty przewagi i tak dokładnie było. Więc wiedziałam, że jak nie padnę przed metą, to się uda. Czułam się już naprawdę źle. Byłam na granicy skurczu łydek. Lekko zmętniał obraz przed oczami. Tętno rosło; wysoka temperatura i słońce bardzo mi przeszkadzają na biegu. Nie znam granic swojego organizmu i bałam się, że jak na tych słynnych filmach zobaczę czerwony dywan, to padnę i będę się czołgać (śmiech). Więc kontrolowałam się, żeby już nie przyspieszać, tylko dotrwać. Na mecie radość nie do opisania. Dzisiaj, po kilku dniach mam nadal kłopoty z chodzeniem po schodach (śmiech).

Miałaś jakieś problemy logistyczne z dotarciem na miejsce rozgrywania zawodów lub podczas podróży?
Sam lot czarterem tureckich linii lotniczych odbył się bardzo sprawnie, lotniska prawie puste, w samolocie ok. 20 osób. Więc podróż minęła szybko i przyjemnie. Hotel, w którym większość gości to triathloniści, w tym sporo Polaków, jest umiejscowiony tuż obok strefy T1 i pływania.  Więc pod tym względem też wszystko było super.

Co dla Ciebie znaczy zdobycie slota na MŚ 70.3 Utah?
Slot na Utah był moim celem sportowym i marzeniem ze względu na sam start na mistrzostwach świata, ale też z powodu miejsca ich rozgrywania i chęci wyjazdu do USA.

Zajrzyj do:

Beata Jarmołowicz za tri zabrała się w wieku 45 lat

Czemu i komu zawdzięczasz spełnienie tego marzenia oraz celu?
Spełnienie tego marzenia zawdzięczam przede wszystkim swojemu uporowi, zaciętości, ale bez pomocy kilku osób, to by się nie udało. Po pierwsze pomysł o slocie do Stanów narodził się podczas oglądania transmisji z Kony w 2019 roku wspólnie ze znajomymi. Wówczas byłam tydzień po operacji kostki z gipsem na nodze. Operacja wykonana przez zespół znakomitych ortopedów; Andrzeja Warzochę i Olę Gordon (również znaną jako  trójmiejska świetna kolarka), rehabilitacja prowadzona przez Łukasza Szczęsnego z veloLab, mądrze rozpisane i prowadzone treningi przez Jakuba Czaję, który stopniowo przyzwyczajał moją nogę do biegania i profesjonalnie dozował objętości, no i w końcu wsparcie i niesamowicie skuteczny support mojego partnera życiowego Krzyśka – nie ma to, jak podawane dane przez programistę IT, z dokładnością co do sekundy.

Tym startem zakończyłaś tegoroczny sezon. Jaki on był?
Ten sezon był inny, trudny, wyjątkowo długi, ale dla mnie bardzo owocny. Wywalczyłam slota na mistrzostwa Europy w Tartu w Estonii (olimpijka) i na mistrzostwa świata w USA na dystansie 70.3 IM. Kilka razy byłam na pierwszym stopniu podium.

Czy układasz już plany na przyszły rok, gdzie daniem głównym będą zawody w Utah?
Tak, oczywiście będzie Utah jako wisienka na torcie, 17 września, wcześniej wspomniana Estonia. Termin jeszcze nie jest znany i dlatego trudno układać pozostałe starty, ale jestem zapisana na Charzykowy w czerwcu i pewnie wystartuje w Suszu na 1/2. No i możliwe, że pojawię się na pełnym dystansie w Gdyni, bo plotki krążą, że chyba się odbędzie.

Do soboty zostajesz w Turcji. Co dalej?
Upragnione roztrenowanie (śmiech). To był jeden z tekstów motywacyjnych, jeszcze tylko 40/20/10 minut i laba. Jestem już zmęczona długim sezonem, trenowaniem w październiku. Teraz w Training Peaksie mam: wolne, wolne, wolne, wolne, basen, wolne, wolne …i tak przez dwa tygodnie. Potem powoli pewnie wrócę do treningów, ale z powodu jawnej nienawiści do trenażera, będzie chciała część treningów rowerowych zrobić na mtb w naszych super lasach TPK. No i muszę poprawić pływanie, okropnie na nim tracę czas.

Rozmawiał: Przemek Schenk
foto: materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button