Rozmowa

Marta Konarzewska: Jak wpadłam na metę płakałam ze szczęścia i ze zdziwienia, że dałam radę

Gdynia, godzina 7:50. Wyskakujemy z koleżanką i dzieciakami z auta. Spanikowane, że nie zdążymy na start ½ Ironmana. Pytamy obsługę techniczną jak dotrzeć na start. O zgrozo, zostajemy pokierowane w zupełnie inną stronę. Nerwowo patrzę na zegarek – 7.55! I nagle przed moimi oczami pojawia się widok, który mnie zmraża. Morze i plaża, która trzęsie się od emocji. Ponad 1000 śmiałków w piankach i takich samych czepkach tworzy takie napięcie i energię, że można by nią oświetlić duże miasto. Podchodzę do taśmy, aby być jak najbliżej. Muzyka dodatkowo buduje napięcie. Słychać odliczanie spikera: 10 seconds to go… Stoję cała w dreszczach. Chłonę atmosferę. Zapominam o bożym świecie. Strzał! Banda rusza w morze, a ja stoję jak zahipnotyzowana. Po policzkach lecą mi łzy. Widzę jak zawodnicy się oddalają. Do bólu ściskam kciuki za przyjaciół.

 

Za rok też będziesz tutaj walczyć

 

 

Całe to wydarzenie było dla mnie jak jakiś trans. Biegałam, kibicowałam do utraty tchu. Aż w końcu zatrzymałam się i pomyślałam sobie: Konario, Ty sobie teraz popatrz póki możesz, bo za rok sama tutaj będziesz walczyć.

 

 

To fragment z mojego rozdziału książki „Smentor”. Mogę powiedzieć, że moja pasja narodziła się właśnie w tamtym momencie, w Gdyni gdzie pierwszy raz poczułam te emocje. Trzy dni po powrocie odkupiłam od kolegi rower. Nie ważne było, że o dwa rozmiary za duży. Po prostu chciałam jeździć JUŻ! Wielkim motorem napędowym i osobą która „zasiała” moje triziarenko był mój przyjaciel Suchy. Wielokrotnie namawiał mnie żebym wróciła na basen. Przekonywał do triathlonu. Wzbraniałam się jak mogłam. Myślałam, że samo bieganie mi wystarczy. Nie wystarczyło… W moim życiu głównym wątkiem zawsze był sport. Nawet wyczynowy. Tak więc nie jestem typem osoby, która musiała się jakoś wyjątkowo mocno motywować, czy zaczynać od zera.

 

 

 

 

Hart ducha zostaje pod skórą

 

 

Wydaje mi się, że hart ducha, który się wykuwa trenując wyczynowo za młodziaka zostaje gdzieś pod skórą. Wystarczy go troszkę obudzić, by wszystko wróciło na stary, dobry tor. Przez 3 sezony bawiłam się w samo bieganie. Bez jakiś większych wyczynów. Jednak w pewnym momencie człowiek zaczyna szukać nowych bodźców. Świeżości, czegoś co da jeszcze większego kopa, motywację do działania. Doprawdy nie wiem dlaczego pierwszy ambitny cel jaki sobie postawiłam w triathlonie, to była połówka w Gdyni. Od samego początku ciągnęło mnie do dłuższych dystansów. Nawet jakoś na debiuty biegowe wybierałam połówki omijając podwórkowe dyszki nie wspominając o piątkach. I tym razem też poszło od razu „na grubo”. To był bardzo dobry czas. Chociażby dlatego, że od razu jako „świeżak” w triathlonie załapałam się do grupy Smentora Marcina Koniecznego. Wiedza, wskazówki i dzielenie się doświadczeniem są wyryte w mojej głowie do dziś i tak zapewne zostanie. Współpraca z MKON-em pomogła zdecydowanie w ogarnięciu tego całego triatlonowego szaleństwa. A było to szaleństwo i co tu dużo mówić jest nadal.

 

 

O świcie na trening

 

 

Cały sezon przygotowań gdzie trzeba pogodzić mnóstwo spraw. Rodzina, praca, trening. Pamiętam, że było to wszystko totalną abstrakcją. Bo tak naprawdę trenujesz, robisz to co ci trener napisze. Jeszcze nie wiesz, tak naprawdę po co, bo to w końcu debiut. Jedziesz cały czas na endorfinach i wyobrażeniach o tym czym jest triathlon. Jednak mimo wszystko znajdujesz w sobie tę motywację, żeby iść tą drogą. Bywało czasem i bywa, że jest bardzo źle. Kryzys, przemęczenie. Jednak jest jakaś siła, która każe rano wstać na rower, basen czy bieganie. Ja akurat mam dosyć specyficzne pory treningów. Wielokrotnie zdarza się, że o 5 rano już jestem na trasie kręcąc stówkę, żeby ogarnąć trening i jak najszybciej wrócić do domu, do córki i być znowu mamą. Planować czas z bliskimi. Często bywa tak, że o 10 rano gdy trening kończę widzę, że znajomi dopiero „wylewaja” się na szosę. Jeśli jednak mam wybór albo trening o 5-6 rano albo jego brak, to wybieram opcje pierwszą.

 

 

Za bananem na twarzy

 

 

Debiut był ukoronowaniem tych przepracowanych godzin, wyrzeczeń i poświęceń. Moim pierwszym startem były zawody w rodzinnym Olsztynie na dystansie olimpijskim. Chciałam spróbować się i już po tym pierwszym razie dowiedziałam się po co ja to wszystko robię. Dla emocji! Do dziś pamiętam jak biegłam ostatnią pętlę i cały czas miałam banan na twarzy bo nie mogłam uwierzyć, że to aż takie fajne! Jak wpadłam na metę płakałam ze szczęścia i ze zdziwienia, że dałam radę. Przepracowałam parę miesięcy właśnie dla tych cudownych emocji. Nie mogłam doczekać się Gdyni. To był mój start A, mój wymarzony zielony dywan.

 

 

Zielona ze stresu

 

 

Gdy nadszedł ten czas i to tym razem ja stałam na linii startu zielona ze stresu, ale tak bardzo ciekawa co będzie za chwilę. Ta sama muzyka, która porwała mnie rok wcześniej. Jak zwykle oczy pełne łez i niedowierzanie, że to właśnie już! Co myślałam? Patrzyłam w morze i miałam ogromny respekt, ale już od dawna w mojej głowie pojawiło się rozgraniczenie każdego etapu. Stojąc na stracie do pływania, nie myślałam, że zaraz po tym będzie rower, a później ciężkie bieganie. Koncentrowałam się na danym etapie. Od punktu do punktu i to mnie uspokajało. Pełna koncentracja. Strzał z armatki i marzenie zaczęło się spełniać. Wizualizacja mojego zielonego dywanu, po którym dobiega się do mety w Gdyni była od samego początku moim lekarstwem na wszystko. Debiut był naprawdę bardzo udany. W mojej głowie ani przez moment nie pojawiła się chwila zwątpienia. Byłam przeszczęśliwa, że tam jestem, że realizuje się marzenie. Gdy wbiegałam na tą ostatnią prostą to niósł mnie tłum kibiców. Emocje i wielka duma, że zrobiłam to!!! Najlepsze jest to, że tych emocji było tak dużo, że codziennie klatka po klatce przypominałam sobie cały start i po 5 dniach dopiero w 100 procentach dotarło do mnie co zrobiłam.

 

 

Marzenie spełnione i co dalej?

 

 

Ale gdy emocje już opadną, gdy ciało odpocznie, pojawiają się pytania: I co dalej? Czy próbować wspiąć się szczebel wyżej? Zdobyć na odwagę i spróbować pełnego dystansu? Czy to nie za szybko? Czy skupić się na czyś innym? W zeszłym sezonie postawiłam na biegi ultra. Starty triathlonowe robiłam naprawdę z doskoku. Nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. Biegi ultra, co mi dały? Ból. Najbardziej pamiętam ból, zarówno po Rzeźniku jak i po Ultramazurach. Nie było we mnie zadowolenia, dumy. Raczej żal, że sama sobie zrobiłam krzywdę, bo oba starty przyniosły kontuzję. Bo możesz biec do pewnego momentu ciałem. Później robisz to tylko głową, bo ciało buntuje się i nie zgadza na takie traktowanie. Przetrwałam. Przeżywałam, przesunęłam swoje bariery chyba za bardzo mocno. Ale na tyle mocno, że po pierwsze skończyłam z ultra, a poważnie zaczęłam myśleć o przypieczętowaniu mojej tri przygody na pełnym dystansie.

 

 

 

 

Czas na Ironmana

 

 

Oczywiście już sobie udowodniłam naprawdę dużo. Przede wszystkim to że marzenia są po to żeby je spełniać i sięgać po następne. Wiem też, że już nie muszę i nie chcę sobie niczego udowadniać. Strat w IM będzie wisienką na torcie moich dążeń. Wiedziałam, że łatwo nie będzie z przygotowaniami do pełnego dystansu. A i miejsce startu też jest bardzo wymagające. Jednak postawiłam sobie ten cel. W lipcu tego roku zmierzę się z pełnym IM. Przez ostatni rok miałam sporo „pod górkę”. Bardzo trudno było bawić się w ten sport nie mając spokoju w sobie. Jednak wszystko ma swój czas i złe i dobre chwile i teraz właśnie jest ten mój czas. Aktualnie wciąż kombinuję jak wszystko sprawnie ze sobą łączyć. Dziecko, praca, trening to jedno wielkie kombinowanie. Czasem pojawiają się myśli, że tyle czasu to wszystko pochłania i wszystko kręci się wkoło treningów i ma się naprawdę dosyć. Ale człowiek się jakoś spina i idzie dalej. Pada, błoto, zimno, gorąco, ciemno, świt. Idziesz dalej, bo im trudniej tym łatwiej, a przecież prawdziwy, pełen  Ironman rodzi się w trudach J.

 

 

Marta Konarzewska

 

Foto: materiały prywatne Marty Konarzewskiej

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close