Rozmowa

IRONMAN. Pogryziony przez psa tuż przed startem

Start na Hawajach obfitował w wiele niespodziewanych przygód Michała Kosmowskiego m.in.: atak psa. Jednak on się nie poddał. Finalnie zajął 123 miejsce w M35-39 z czasem 10:06:28. Specjalnie dla TriathlonLife.pl prosto z lotniska czekając na samolot, opowiada o wyjeździe na Hawaje, starcie w MŚ oraz niespodziewanych przygodach.

Do startu nie przystąpiłeś w pełni sił z powodu ataku tuż przed zawodami. Jak wyglądała sytuacja?
Cała sytuacja miała miejsce przed samym startem, około 4.30 rano. Gdy szedłem do autobusu dla zawodników, przechodziłem koło publicznej plaży na Ali’i drive. Tam  obozowali miejscowi bezdomni. To właśnie ich pies mnie zaatakował. Zorientowałem się w tym, co się stało w momencie, gdy zobaczyłem krew na łydce. Miałem mało czasu. Musiałem działać szybko.

Jaka była reakcja właścicieli tego psa?
Oczywiście właściciele psa nie przejęli się tym w ogóle. Chyba najlepiej by było, jakbym się do nich przysiadł na piwko, a nie robił im problemów. Nie wdawałem się w dyskusję. Nie zadzwoniłem po policję, bo najważniejszy był dla mnie start. Postanowiłem złapać tego shuttle busa i dotrzeć do strefy.

Czy w którymś momencie Twój start był zagrożony?
Cały czas biłem się z myślami. Jednak byłem pewny, że wystartuję. Nie było opcji odwrotu. Mimo wszystko po przejściu przez tzw. body marking i ważenie zawodników,  udałem się do namiotu medycznego. Sytuacja była dość kuriozalna, ale pielęgniarka oczyściła ranę. Potem lekarz zezwolił na start.

Michał Kosmowski triathlon

Zobacz też:

Gucwa: Ambicje Roberta sięgają wysoko

W jakim stopniu skutki tej sytuacji wpłynęły na Twój występ?
Byłem mega zestresowany. Nie wiedziałem, jakie będą konsekwencje tej całej sytuacji – wścieklizna, zakażenie itp. Miałem też mało czasu na moją rutynową sekwencję przedstartową. Wytrąciło mnie to z równowagi. Od samego początku nic nie szło tak,  jak należy. Wspólny start z setkami nabuzowanych facetów po traumatycznym poranku nie jest wymarzoną sytuacją. W połowie dystansu rozpiął mi się skin. Więc musiałem przejść do pływania na grzbiecie i zapiąć go. Dlatego pływanie poszło mi fatalnie.

Jak było dalej?
Początek roweru też nie był dla mnie przychylny. Już na podjeździe na Palani Hill, kilka razy przed startem zrzuciłem łańcuch. Wtedy naprawdę pomyślałem, że bogowie wysp mają wobec mnie inne plany. Ale wsiadłem na rower. Bob Babbitt krzyknął, żebym się nie przejmował i robił swoje.  Tak też zrobiłem. Stwierdziłem, że takie mam karty. Teraz muszę rozegrać nimi jak najlepszą partię.

Więc jak rozgrywała się dalej ta „partia” na hawajskiej trasie?
Przez pierwszą godzinę roweru dochodziłem do siebie. Próbowałem złapać rytm. Podjazd do Hawaii to był już powrót do wyścigowego stanu umysłu. W dodatku z góry napierali Jan, Tim i Alistar Nad nimi leciał helikopter. Wtedy sobie przypomniałem, że jestem dokładnie tu, gdzie chciałem. Więc nie jest źle.

Michał Kosmowski triathlon

Czy w trakcie startu miałeś chwile zwątpienia?
Miałem momenty zwątpienia, ale tak naprawdę nigdy nie dopuściłem do siebie myśli o wycofaniu się z rywalizacji.

W jaki sposób oceniasz ten start na Hawajach?  
Na razie nie oceniam go w kontekście sportowym, a raczej jako próbę silnej woli.  Uważam, że wyszedłem z niej obronną ręką. Mój trener Tomek Kowalski powiedział mi od razu, że to będzie mega ciężki wyścig. Nawet średni start może dać dobry czas na mecie. Tego się trzymałem. Mój osobisty wyścig zaczął się na podjeździe do Hawi. Choć  zaraz potem, złapał mnie kryzys energetyczny na Lava Fields.

W jaki sposób poradziłeś sobie z tym kryzysem?
Na szczęście z pomocą przyszła niezawodna Coca-Cola. Po wypiciu pół litra tego napoju doszedłem do siebie. Zacząłem znowu kręcić. Z biegu jestem dość zadowolony.

Michał Kosmowski triathlon

Sprawdź także:

IRONMAN. Frodeno wygrywa po raz trzeci i ustanawia rekord

Dlaczego tylko dość?
Bo nie dopilnowałem tempa, aby złamać 3:30 w maratonie. To był mój cel. To nauczka,  żeby dokładniej pilnować splitów, bo to było w zasięgu. Tym bardziej że pogoda na to pozwalała. Ogólnie nie udało mnie się złamać 10 godzin. To był dla mnie cel minimum. Lecz wyznaczać sobie cele na ten wyścig, nie znając jego specyfiki, to jest jak wróżenie z fusów.

Jakie wrażenie na Tobie zrobiła cała otoczka zawodów oraz organizacja?
Nie da się tego opisać: przyroda, zawody, rywale i rewelacyjni kibice. To było niesamowite przeżycie. Wisienką na torcie są wszystkie topowe marki triathlonowe, które przedstawiają premiery produktów. Do tego dużo dzieje się w kuluarach. To podkręca smaczek całej imprezy.

Czy miałeś jakieś problemy organizacyjne?
Mieliśmy problem z shuttle busem i parkingami. Ale nie przyjechaliśmy tutaj dla organizacji, tylko żeby odwiedzić mekkę naszego sportu. Do tego zmierzyć się z najlepszymi na legendarnej trasie w ultra trudnych warunkach. To były priorytety.

Czy będziesz chciał jeszcze tutaj wrócić w roli zawodnika i powalczyć o jeszcze lepszy wynik?
Na pewno. W tym roku zmieniam kategorię i jeszcze w 40-45 będę chciał powalczyć i poprawić wynik. Jednak przede mną jeszcze długa droga. Teraz dla mnie priorytetem jest  złamanie dziewięciu godzin na długim dystansie. Jeżeli to mnie się uda, będę mógł tutaj na Hawajach nawiązać walkę z czołówką.

Rozmawiał: Przemysław Schenk
foto: Kasia Kosmowska

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button
X